Czyta M. sobieniedziela 25.01.2015

Titanic

Gdy MamaM. była w wieku M. czytała już, m.in., „Kto mi dał skrzydła” Janiny Porazińskiej. I „O krasnoludkach i sierotce Marysi” Marii Konopnickiej. O „Przygodach Narizinii…” już tu pisała, więc nie będzie się rozwodzić.

 

I nie, nie chodzi o to, że MamaM. się chwali. Inne były czasy, a poza tym – MamaM. była dziewczynką. A dziewczynki SĄ inne, cokolwiek na ten temat sądziłyby feministki. Nie, żeby od razu mądrzejsze. Ale na pewno nadające się bardziej do czytania opasłych książek, zwłaszcza jak zostaną wdrożone do czytania w wieku lat czterech, nieprawdaż.

 

I nie, nie chodzi o to, że M. wybiera do czytania książki znacznie, ale to znacznie cieńsze, niż MamaM. w jego wieku lubiła czytać. Ani o to, że dużą wagę przywiązuje do tego, by literki były odpowiednio duże. – Przy małych jest więcej pracy – zauważa przytomnie.

 

Chodzi o to, że M., uwielbiający przecież historie różnego rodzaju, potrafiący słuchać może nie godzinami, ale na pewno godzinę, jak MamaM. czyta, albo opowiada, domagający się „jeszcze jeden rozdział, no, chociaż jeden!”… Ten sam M. do czytania samodzielnego wybiera, jakby tu powiedzieć – literaturę faktu.

 

– Nie chcę żadnych bajek! – twierdzi na przykład, stojąc przed regałem z książkami z serii „Czytam sobie”. – Mogę przeczytać o jakiejś prawdziwej historii, jeśli coś takiego mają.

 

Mur

Na szczęście – mają. Seria „Czytam sobie” Wydawnictwa Egmont to nie tylko ukochana przez MamęM. Książeczka „Koc trolla Alojzego”, na której M. uczył się składać literki i która była pierwszą książką przeczytaną MamieM. przez syna. To również historie oparte na faktach – rejs Titanica, wyprawa na biegun Amundsena, książka o berlińskim murze, którą M. wypatrzył sobie na regale tuż po Bożym Narodzeniu i zadał jakieś sto pięćdziesiąt pytań na temat tego, dlaczego w zasadzie kiedyś miasta były dzielone murami, i czy Kraków i Warszawa też były – pytania skończyły się, gdy przeczytaliśmy „Rok 1989…” Michała Rusinka.

 

– Może znowu niedługo wydadzą coś ciekawego do poczytania! – stwierdził M., kończąc lekturę „Muru”. MamaM. ma taką nadzieję. Choć gdyby książeczki Egmonta były odrobinę bardziej przystępne cenowo, nie pogniewałaby się ani troszkę.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):