Grecja. Kreta. Wakacje…niedziela 5.02.2017

20160704_201615

Styczeń jest podobno najdłuższym miesiącem roku. Niestety, nie u MamyM. Mister January przemknął przez jej życie, jak pendolino przemyka przez stację Włoszczowa Północ. Nawet nie zamrygał, że przecież jest. Był.

 

Także, no.

 

U nas wszystko OK.

 

M. skończył pierwszy semestr IV klasy bez trój, z czterema piątkami, co MamaM. opija od dwóch tygodni butelką wina (tą samą, nie że codziennie). I wcale nie chodzi o to, że nie wierzy w syna. Wierzy, ale też wie. A wiedza ta nakazywała powątpiewać w piątki. Mocno powątpiewać. Więc… zdrowie M. i piątek. Niech rosną dzielnie!

 

Ale dziś nie o szkole, która MamieM. podnosi ciśnienie tętnicze krwi w kontekście deform.

 

Dziś będzie o wakacjach. Bo, po pierwsze, pogoda za oknem sprzyja myśleniu o temperaturach +30 stopni C. I lazurowym niebie, o leżaku i basenie…

 

Po drugie zaś – MamaM. i M. za tydzień będą się napawać niebyciem TU, w tej szarudze, zimnicy i niechęci do przyjęcia dziesięciu sierot z Aleppo a byciem TAM. Tam, daleko stąd. Wspomnienia skracają czas wyczekiwania.

 

Po trzecie wreszcie, MamieM. w oko wpadła i nie chce wypaść informacja o niebotycznym sukcesie Polskich Stref Wypoczynkowych, sprzedawanych na ten sezon przez jedno z biur podróży, i MamaM. potraktuje wpis jako formę terapii.

 

Od czego by tu zacząć…

 

MamaM. miała w tym roku wakacje szalenie krótkie. Tydzień trwały. Bo w lipcu i sierpniu, poza tym tygodniem, musiała pracować fizycznie. Niech tylko ktoś powie, że napisanie niemal 400 tysięcy znaków (oprócz normalnej aktywności, która też polega na pisaniu tysięcy znaków CODZIENNIE), nie jest fizyczną pracą… Tak, pisała MamaM. książki (już są w księgarniach, że tak się MamaM. pochwali), i nawet ten tydzień stał pod znakiem zapytania.

 

Umowa była jednak taka – M. spędza z MamąM. tydzień wakacji Gdzieś i tydzień wakacji w domu. Resztę – u TatyM. I u DziadkówM., więc należało wakacje zorganizować i wdrożyć. I wdrożylim, dzięki ofertom last minute – ze szczególnym uwzględnieniem biura podróży na R., które zabrało nas, za niecały tysiąc złotych od osoby (bez wyżywienia) na tydzień, na Kretę. Byłoby może taniej, gdyby nie fanaberia MamyM., która chciała lecieć z Warszawy, a wracać do Krakowa, żeby od razu M. porzucić u Dziadków. Cena, jak na lipiec, wyśmienita.

 

20160703_093335

Wakacje poniżej poziomu? A skąd!

 

 

Hotel – dwugwiazdkowy, prosty. Pokój duży, z aneksem kuchennym. W dniu przyjazdu MamęM. oburzyło, że w podpiwniczeniu. – Ha! Tak traktuje się klientów z last minute! – stwierdziła rozsierdzona. A potem każdego dnia dziękowała Opatrzności, bo słońce dochodziło do nas tylko tyle, żebyśmy się nim cieszyli, a nie wyklinali nań, chroniąc się za słońcoszczelnymi roletami przez cały boży dzień. A udogodnienia (basen, bar basenowy) były trzygwiazdkowe (dwa hotele tworzące kompleks, taki biznes rodzinny). Za tę cenę – wyśmienita oferta.

 

20160704_165429

 

Wyśmienita była (jest) też cała Kreta. Och, dużo można poczytać na blogach lajfstajlowych i podróżniczych, że Kreta jest wspaniała, ale pod warunkiem, że nie północne wybrzeże, nie kurorty, nie tawerny wabiące turystów. Że tylko wypożyczony kabrio, wiatr we włosach, knajpki w których gotują zasuszone staruszki, a w ogóle to najlepiej wprosić się Grekom do domu, bo wtedy można poznać Prawdziwą Kretę.

 

Być może.

 

Platanias, gdzie byliśmy, to turystyczne zagłębie Rethymnonu. Blogosfera „się brzydząca” pisze o zatłoczonych plażach.

 

Naści więc.

 

20160701_172622

Zatłoczona plaża

 

 

Na plaży tłoku nie widać, w morzu – tym bardziej. Morze czyściutkie, plaża czyściutka (płatna, bodaj 5 euro za dzień, można zabrać tobołki w godzinach południowych i wrócić po południu, nie skasują drugi raz).

 

1467304267023

 

Być może zasuszone staruszki pichcą obłędnie pyszne dania, ale z dziewięciolatkiem latać (pieszo, bo MamaM. prawka nie ma) po greckich bezdrożach, żeby zjeść ośmiornicę albo kalmara? W tawernach przy głównej ulicy Platanias karmili nas tak, że niebo się otwierało i chóry anielskie miast śpiewać, mlaskały na widok. I na węch. Jestę blogerę, ale jestę też lenię i jak mogę, to się lenię. Zwłaszcza na wakacjach.

 

Grecy są gościnni, albo po prostu – mają łeb do interesów. Turystów co prawda jest dużo (Kreta znacząco się przy tym różniła od odwiedzonej przez nas rok wcześniej Lesbos), ale miejsc, w których mogą zjeść – też niemało. Więc każdy właściciel tawerny stara się przywiązać klienta. Nas przywiązał najbardziej Pan Kalmar. No, ksywka nadana przez M. właścicielowi tawerny Kellari. Bywaliśmy w innych, ale tam – najczęściej. Oczywiście – rekomendujemy. M. – kalmary, MamaM. wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem cacyków, bakłażana zapiekanego, ośmiornicy z grilla… A nade wszystko najlepszego na świecie, schłodzonego arbuza, którego dostawaliśmy gratis po posiłku. Czasem arbuza, czasem melona (MamaM., bo M. z owoców lubi zdecydowanie najbardziej lody czekoladowe. I też je dostawał.)

 

Co jeszcze z Krety?

 

Pałac w Knossos. Mówią, że to archeologiczny Disneyland. Ale i tak robi wrażenie, więc warto. Wybraliśmy się na wycieczkę z biurem podróży, przewodnikiem był Grek (doskonale mówiący po polsku). M. zachwycony, i teraz na historii błyszczy erudycją z okresu minojskiego. Brawo my!

 

20160702_100127

 

Rethymnon. Kretą kiedyś rządzili Wenecjanie – i to była jedna z ich twierdz. Bardzo klimatyczna starówka, niestety. Zwłaszcza wieczorem, niestety. Niestety, bo chętnie by MamaM. usiadła w jednej z restauracji na nabrzeżu portowym i zjadła kolację – dla samych widoków… Ale tłok był taki, że żeśmy stamtąd umykali w podskokach. Ale i tak było fajnie i smacznie, bo miejsc „do zjedzenia” jest zatrzęsienie.

 

20160703_205821

 

Wiatr. Byliśmy na Krecie tydzień (i MamaM. jest niemal pewna, że Kretę sobie jeszcze powtórzymy, może inny kawałek) i przez trzy dni wiał taki wiatr północny, że plaże były zamknięte. I choć Polaków na Krecie nie brakowało, jakoś nikt nie ośmielił się wejść do morza przy wywieszonej czerwonej fladze. A do Bałtyku wchodzą. I się topią…

 

20160705_201213

 

M. z respektem patrzył na fale, mocząc stopy w wypluwanej przez morze pianie.

 

20160705_095954

 

Dlatego zdecydowanie, wybierając tańsze opcje zakwaterowania, warto zatroszczyć się o basen. Bo bez moczenia pupy w wodzie na Krecie wytrzymać jest naprawdę trudno. Różnica między Kretą a Lesbos, jeśli chodzi o słońce i odczuwalne temperatury – ogromna. Kreta to prawie Afryka, trzeba o tym pamiętać. Grubo i często smarowany po całym ciele filtrami M., na skutek uporczywego eksponowania plecków do słońca (pływanie w morzu na kole dmuchanym wielkości opony od tira), przypiekł sobie (nieznacznie) to i owo, a potem poprawił, ocierając się plecami o ścianę basenu. – Bo swędziało, mama! Pomóż! Swędzi, swędzi!

 

No rejczel, że swędzi, jak człowiek rozorze plecki. Ale żel aloesowy czynił cuda. I już nie swędziało. Dobrym patentem – na pewno będziemy pamiętać – jest więc zakładanie dziecku koszulki z filtrami. Są takie.

 

MamaM. jak widać doskonale odnajduje się jako masowy wakacyjny turysta. Ale nie popada w skrajność. I jak przeczytała wczora z wieczora, że oferta biura podróży na R., czyli polskie strefy wypoczynkowe w Grecji i  Chorwacji, odniosła spektakularny sukces, zrobiło jej się smutno i zimno. Mimo że wie, orientuje się i zna choćby niemieckie strefy wypoczynkowe. Czy brytyjskie. Wiedzieć a rozumieć – to jednak co innego. Czy to naprawdę o to chodzi w wakacjach w Grecji?

 

Ośmioletni M. na Lesbos bardzo chwalił grecką kuchnię, czyli nuggetsy z kury z frytkami. Minął rok – o nuggetsach nie pomyślał, zajadając się kalmarami, próbując zapiekanych bakłażanów z kozim serem, małż i krewetek saganaki, czyli zapieczonych w pysznych sosach. Czy człowiek nie jeździ do innych krajów po to, by kosztować – dosłownie i w przenośni – tego, co nieznane?

 

Nie osądzajmy. O gustach się nie dyskutuje.

 

Ale za kilka miesięcy MamaM. będzie studiować ofertę pod kątem polskich stref wypoczynkowych. I wybierać wręcz przeciwnie – byle dalej od schabowego i „Przez twe oczy zielooooone o-szaaaa-laaaa-łeeem”.

 

Brrrrr.

 

20160703_203051

Przez te fale zielone, zielone… Oszalałam!

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):