Kikutek górą!wtorek 26.03.2013

 

Pomyślicie pewnie że przesadzam, ale gdy pierwszy raz pokazałam M. „Przygody Narizinii czyli zadartego noska”   Monteiro Lobato – moją ukochaną książkę z dzieciństwa – miałam mięciutkie kolana. Pyszniąca się na okładce dziewczynka w balowej sukni jest o lata świetlne oddalona od ideału książek M. – o smokach, chłopakach i ninja. – Co będzie, jeśli powie, że to „dla dziewczyn”? – myślałam…

 

Obawy były nieuzasadnione. Zaczęliśmy czytać, i… poszły konie po betonie. Już pierwszy rozdział, w którym dwóch dżentelmenów (w tym Książę Kiełbik) bada groty w górze, czyli nosie Narizinii, M. przyjął entuzjastycznie. – Czytaj, czytaj, nigdy jeszcze nie czytałem takiej książki – domagał się z wypiekami na policzkach.

 

A mnie było w sercu tak miło, ciepło i lekko, jakby zrealizowało się moje marzenie z dzieciństwa. Jakby czarodziejska moc wyobraźni przeniosła mnie do dworku pani Benty. To fantastyczne uczucie, dzielić z dzieckiem własną radość z dzieciństwa.

 

Śmialiśmy się oboje z buńczucznej i głupiutkiej lalki Emilii, kibicowaliśmy Piotrusiowi w jego staraniach o wychowanie Kikutka (ulubieniec M.) na prawdziwego arystokratę, przeżywaliśmy rozterki Narizinii jako przyszywanej teściowej zięcia-prosiaka, trzymaliśmy kciuki za Tomcia Palucha, który zwiał ze swojej bajki i ukrywał się w podwodnym królestwie przed panią Karaluszyną, podziwialiśmy babunię, która dała się wnukom zaprosić na wyprawę do Krainy Baśni…

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

– Nie chcę, żeby Narizinia się skończyła – smucił się M., gdy dotarliśmy do ostatniego rozdziału.

 

Nie dziwię się – Monteiro Lobato napisał książkę, która przypomina wielkie, naprawdę wielkie pudło z pralinkami, truflami i innymi smakołykami. Każdy rozdział – cacuszko, w każdym jest się z czego pośmiać, porozmawiać „a co by było, gdyby”. Ze zdumieniem zorientowałam się zresztą – dopiero teraz – że w Polsce ukazała się skrócona wersja przygód Narizinii (nawet o tym M. nie wspominam).

 

Zachodzę w głowę, dlaczego Nasza Księgarnia nigdy nie wznowiła „Przygód Narizinii”, książki niezwykłej, wciągającej i inspirującej wyobraźnię. A może nauczymy się portugalskiego? Będziemy mieć Narizinię na czytnikach, w pięciu wydaniach, w książeczkach z zadaniami, i w kreskówce. No dobrze, w kreskówce nie chcemy. I wystarczy nam jedno, porządne wydanie. Najlepiej jednak – po polsku…

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):