Kredkipiątek 1.02.2013

okladka_kredki

 

Mojej przyjaciółce trzęsie się broda, gdy czyta „Kredki” swoim dzieciom. Z dzieciństwa ciągle pamięta koleżanki, które w szarych, kryzysowych latach 80-tych paradowały po szkole z przywiezionymi z NRD „skarbami” – kolorowymi długopisami, pachnącymi gumkami, pięknymi piórnikami. Dla Anki „Kredki” to klasyka dziecięcej literatury, więc gdy nasza wspólna znajoma zapytała, co przeczytać dziecku w ramach przygotowań do szkoły – bez wahania doradziła jej „Kredki” i inne opowiadania ze zbiorku„Hihopter” (Wydawnictwo Akapit Press). I rozpętała się towarzyska afera. – Co ty czytasz dzieciom?! Czysta propaganda, wszystko w tej książce jest czarno-białe. Bogatsi są źli, biedni to anioły. A w życiu tak przecież nie jest!

 

A jak jest? Czy „Kredki” to wzruszająca opowieść czy raczej moralizatorski gniot? Zdania w sprawie „Kredek” Małgorzaty Musierowicz są – delikatnie mówiąc – podzielone.

 

Jak prawie każda nastolatka lat osiemdziesiątych do Małgorzaty Musierowicz mam stosunek bałwochwalczy. To znaczy – miałam, jakiś czas temu przeszedł on raczej w sentyment z domieszką rozżalenia – ale to temat na zupełnie inny wpis. Opowiadań ze zbiorku „Hihopter” jednak nie znałam. Gdy powstawały, byłam już na nie za dorosła. A M. dopiero od niedawna jest potencjalnym kandydatem do szkoły. Pomyślałam: – Niech więc rozsądzi M.

 

No i przeczytaliśmy opowieść o sześcioletniej Paulince, posiadaczce długiego warkocza i granatowego fartuszka z falbankami. I chudym, obdartym Jarku, który rzeczy do szkoły nosił w foliowym worku. O Sebastianie w fajnych sztruksach i Wioletce, która miała tylko cztery kredki. I o tym, co wynikło z faktu, że Paulinka przyniosła pewnego dnia do szkoły kredki najpiękniejsze na świecie.

 

Gdy wybrzmiała ostatnia kropka, M. zapytał: – Dlaczego ona była dla niego taka niemiła?

 

Dla mnie książka, która prowokuje do stawiania pytań i rozmowy to zawsze dobra książka. Choćby jako punkt wyjścia do dyskusji z dzieckiem o tym, co znaczy być wartościowym człowiekiem, o dylemacie „mieć” czy „być”. O tym, że warto patrzeć nie na to, co kto ma i jak jest ubrany, tylko – jaki jest w środku. O tym, jak być fajnym kolegą i nie zadzierać nosa dlatego, że ma się coś czego inni nie mają. Czyli – do rozmów „dużych” i „małych”. Oczywiście – wszystko na miarę kilkulatka, bez wielkiego filozofowania.

 

– Tylko realia się nie zgadzają – pomyślałam. – Kolorowe kredki to mały pikuś w czasach tabletów, smartfonów i zestawów Lego z ceną równą najniższej krajowej. Niechby ktoś napisał takie opowiadanie o przedszkolu, zerówce czy szkole XXI wieku.

 

Zdecydowanie polecam „Hihopter”. Poza „Kredkami” są tam inne opowiadania, a w nich opisane sytuacje z którymi dzieci zetkną się prędzej czy później. M. zachwycił się szczególnie tym, w którym rodzice i babcia pewnego niesfornego chłopca postanowili odpłacić mu pięknym za nadobne, zamieniając jego życie – na jeden dzień – w prawdziwy koszmar. Po chwili zastanowienia wymógł jednak przyrzeczenie, że ja nigdy nie pójdę w ich ślady. A potem dodał bezlitośnie: – No pewnie że nie. Nie umiesz jeździć na rolkach.

 

– Może się nauczę – zagroziłam. Nie uwierzył.

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):

  1. Gosia napisał(a):

    Ja też lubię Musierowicz, pozdrawiam 🙂

  2. mamajanka napisał(a):

    Jak ja się cieszę, że tu trafiłam! Co wpis to wspomnienie… Już sama ilustracja z okładki przypomniała mi jakie emocje budziło to opowiadanie – wtedy nie rozumiałam i chyba do dziś nie do końca pojmuję jak można dać się ponieść zazdrości, gniewowi, pobić z powodu RZECZY. Ale to dobra historia dla dziecka siłą rzeczy dorastającego w epoce „rozszalałego konsumpcjonizmu”…
    Musze odszukać w domu „Hihopter”, żeby za jakiś czas mieć pretekst do dyskusji z Jankiem.
    Dziękuję 🙂