Któż wypowie twoje piękno, Toruniu prastary…poniedziałek 3.10.2016

ListJak Dzień Dziecka to tylko w Toruniu, w Toruniu!

 

Tak, tak… Wiem, 1 czerwca był daaawno. Ale czy dnia dziecka nie można święcić każdego innego dnia? Można. My, akurat, święciliśmy 1 czerwca, fakt.

 

MamaM. na ten dzień miała specjalną niespodziankę – jednodniowy wypad do Torunia. To  miała być odskocznia dla nas obojga, dla M. i dla MamyM. Dla MamyM. nawet bardziej. Odszkolnia może raczej – dzień szkolny, choć bezlekcyjny, spędzony na legalnych wagarach. Ach, ach.

 

PKP Intercity w 2015 roku miało cudną promocję: 1 czerwca dzieci jeździły pociągami gratis. W tym roku MamaM. też zaglądała na stronę, ale o promocji ani widu ani słychu, więc z wyprzedzeniem kupiła bilety z przysługującymi nam zniżkami. No i bach, kilka dni przed 1 czerwca jednak przewoźnik machnął promocję. Ale wtedy MamaM. machnęła ręką – oszczędności nie byłyby znów takie wielkie.

Ósma z minutami pociąg Warszawa-Toruń, szesnasta z minutami – powrotny. Oczywiście – ścisła tajemnica, aż do momentu pobudki.

 

Zobaczyć szczęście w oczach dziecka na słowa: – Dziś nie idziesz do szkoły, jedziemy na wycieczkę… – bezcenne. Za wszystko inne MamaM. zapłaciła kartą. VISA.

 

Dlaczego Toruń?

MamaM. jako dziecko wielbiła Toruń, stolicę toruńskich pierników, choć nigdy w nim nie była. Toruń był też MamieM. w dzieciństwie znany jako miasto krzyżackie, tajemnicze wielce. No i oczywiście Mikołaj Kopernik, wiadomo. Ważny punkt na mapie Polski.

Potem MamaM. w Toruniu była trzy razy. Służbowo, na konferencjach. Za każdym razem były to pobyty zaledwie kilkugodzinne, nie dające cienia szansy na poznanie Torunia. Wszystkie w końcówce lat 90. – miasto na pierwszy (i jedyny) rzut oka piękne było, ale zaniedbane.

A potem, kilka lat temu, MamaM. pisała do jednego z tygodników tekst o unijnych funduszach i renowacji toruńskiej starówki. I poczuła, że musi, bo się udusi – pojechać, zobaczyć.

Dlatego Toruń, a nie na przykład – Elbląg, Malbork czy Gdańsk.

 

MamaM. dobrze przygotowała się do wycieczki. Jak prawdziwy kaowiec! Już na etapie wertowania Internetów w poszukiwaniu informacji o atrakcjach stwierdziła, że Toruń to taki trochę średniowieczny Disneyland. No bo i starówka, i zamek krzyżacki, i mury obronne, i Dom Kopernika, i Planetarium (z seansem o Koperniku), i dwa muzea piernikowe (i jeszcze inne miejsca, gdzie można się napierniczyć)… Ale po kolei!

 

Podróż Warszawa-Toruń trwa około trzech godzin. Komfortowo – trasę (nie wszystkie połączenia!) obsługują nowe składy. My jechaliśmy Kopernikiem, bardzo w temacie. M. przejęty, wypytywał pół drogi, co będziemy robić w Toruniu. I czy na pewno się nie zgubimy.

 

Po przyjeździe – przejazd autobusem miejskim przez most, z którego, ach, zapierający dech w piersiach widok na Stare Miasto. Przepiękny, porównywalny chyba tylko z widokiem na Wawel od strony Dębnik. Ci co byli w Krakowie wiedzą, o czym piszę… Ci, co nie byli, zapraszam – pojechać do Krakowa, przejść przez most pod Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej i paczać. A potem – do Torunia i to samo.

 

Ale wróćmy do 1 czerwca…

W ciągu kilku minut jesteśmy na miejscu i kierujemy pierwsze kroki w kierunku Manekina. Cóż to Manekin? Restauracja, przed którą w Warszawie ustawiają się kilometrowe kolejki, co jest przedmiotem beki w Internetach. A le my nie przyszliśmy robić beki, tylko zjeść dzieńdzieckowe, pankejkowo-naleśnikowe śniadanie. I natychmiast, gdy przynoszą zamówienie, rozumiem, skąd te kolejki: porcje są tak ogromne, że MamaM. z trudem wciska swojego naleśnika, a M. pasuje przy połowie porcji pankejków. Jęczymy, wytaczając się z knajpki… A MamaM. z niedowierzaniem patrzy na rachunek – zapłaciliśmy nieco ponad 30 złotych za dwie porcje jedzenia (ogromne), kawę i lemoniadę. Auć…

 

Potem – kościół. Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, po drodze do Planetarium. Krzyżacki gotyk w czystej postaci. – Wow! – skomentował M. głośno, nie bacząc na powagę miejsca. A potem chodził z głową zadartą do góry, podziwiając sklepienia (Jak oni się tam dostali, mamo, no jak?) i witraże. MamaM. też zadzierała głowę. I też powtarzała „wow, wow”. Tylko po cichutku.

 

Toruńskie Planetarium – i seans dla dzieci „Mój kumpel Niko”. Oczywiście – o Mikołaju Koperniku, jego dzieciństwie i odkryciach. W sam raz na pierwszy raz. Ciekawy, M. był zachwycony a i MamaM. nie nudziła się wcale. A potem – wizyta w Orbitarium, interaktywnej sali edukacyjnej. M. poznawał tajniki siły przyciągania, z upodobaniem badał swoją masę na różnych planetach, odpalał kolejne urządzenia… Jeśli czegoś nam brakowało, to chyba tylko tlenu J (serio – było bardzo duszno, mimo że byliśmy tam sami). Jakiś problem z wentylacją?

Za wizytę w Planetarium i Orbitarium zapłaciliśmy nieco ponad 30 złotych.

 

Po Planetarium kolejny dzieńdzieckowy punkt. Jeśli Dzień Dziecka, to oczywiście – lody. A jeśli lody w Toruniu, to u Lenkiewicza. MamaM. przeprowadziła reaserch i nie miała wątpliwości. Lenkiewicz ma kawiarnię na Rynku – i tam poszliśmy. Kolejka umiarkowana, zważywszy na datę (1 czerwca to również wycieczki szkolne, DUŻO wycieczek). Za to porcje – nieumiarkowane. Porcja kosztuje 4 złote i dostaje się więcej, niż w niejednej warszawskiej lodziarni przy kupnie dwóch, a nawet trzech kulek po 5 złotych każda. M. zamówił podwójną porcję – niesłusznie, połowa natychmiast spadła mu na trotuar… a miłe panie GRATIS dały całkiem nowe lody – już w plastikowej miseczce. – Nieeeemogęęęę już – jęknęło dziecko, zmagając się z lodami piernikowymi i czekoladowymi. – Pęęęękam.

 

MamaM. czujnie dla siebie nie zamówiła lodów wcale, mogła więc pomóc.

 

piernikoww

 

A przed nami były przecież jeszcze pierniki! A konkretnie – Żywe Muzeum Piernika. Klimatyczne miejsce, pracownia piernikowa sprzed stuleci… No, w każdym razie wystylizowana na taką. Z mistrzami pierniczenia, i czeladnikami, którzy po kilkudziesięciu minutach warsztatu dostają nie tylko wypieczony własnoręcznie piernik, ale i list, poświadczający, że posiedli piernikowe umiejętności. Fajne miejsce, z pomysłem. Bilety można kupić online, rezerwując miejsce na konkretną godzinę. Warsztaty trwają około 40 minut, razem z wypiekiem pierników i wypisywaniem listu wyuczonego – dokumentu poświadczającego odbycie przyuczenia do pierniczenia.

 

List

 

Takich miejsc, z pomysłem, wykorzystujących nieprawdopodobny potencjał miasta, jest w Toruniu więcej. Wsiadaliśmy do pociągu z poczuciem, że zaledwie skosztowaliśmy Piernikowego Grodu, że wrócić tu to mus, po prostu. – Na dwa, trzy dni, mamo. Dobrze? Przyjedziemy jeszcze?

 

- Przyjedziemy – obiecałam.

 

A jak MamaM. obiecuje, to słowa dotrzymuje.

 

I – przyjechaliśmy drugi raz. Ale o tym będzie w kolejnym wpisie.

 

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):