Lądowanie rinowirusówwtorek 6.08.2013

rinowirusy

 

Tej książki szukaliśmy bardzo długo. Próba zakupu w Merlinie skończyła się bolesnym rozczarowaniem (kilka dni po złożeniu zamówienia okazało się, że w magazynie nie ma już ani jednego egzemplarza). Wyczerpał się nakład. Ech. Była próba zakupu na Allegro, ale MamaM. nie jest biegła w licytacjach – a opcji „kup teraz” sprzedający nie udostępnił.

 

A M. bardzo, bardzo chciał przeczytać książkę, którą napisał jego ulubiony doktor Wojciech Feleszko. No dobrze, jeden z kilku ulubionych doktorów. Bo M., który nota bene jest okazem zdrowia (tfu, tfu, odpukać w niemalowane), ma wyjątkowe szczęście do dobrych pediatrów. Bardzo dobrych nawet. Odwiedzamy (w razie ataku wirusów, w tym przede wszystkim rinowirusów) Pediatrę Prowadzącego, albo właśnie doktora Feleszko (który jest bardziej dostępny, nawet w sezonie „wysokim”, czyli od listopada do marca). A gdy nawet do doktora Feleszko dostać się nie sposób, mamy jeszcze w odwodzie miłą panią doktor, która odwiedza pacjentów w domu…

 

Ale nie o tym miało być. W każdym razie osobista znajomość z doktorem-autorem była poważnym argumentem za nabyciem jednej z jego książek, napisanych dla dzieci o tym, co dzieci często dotyka. O chorobach. Przeziębieniu (to właśnie „Lądowanie rinowirusów”, wydawnictwo Hokus Pokus), biegunce i skaleczeniu.

 

rinowirusy2

Doktor Feleszko jest świetnym lekarzem i znakomitym autorem książek dla dzieci. Rodzina Nosków, z dwojgiem dzieci, kotem i szczurkiem a także uśmiechnięty pediatra, Florenty Orzeszko (hmmm, tak samo nazywał się lekarz oddziału Romualda Traugutta, powstaniec styczniowy, zesłany przez władze carskie na Syberię?) budzą sympatię młodszych i starszych czytelników.

 

 

Nie znamy (jeszcze?) dwóch pozostałych książek, ale „Lądowanie rinowirusów”, które dziś MamaM. kupiła, dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności (tramwaj się zepsuł, było bardzo gorąco, MamaM. wstąpiła do najbliższej kafejki, a była to akurat Kalimba, czyli kafejko-księgarnia) jest znakomite. M. porwał książkę w objęcia, obejrzał dokładnie ilustracje, a potem zarządził: – Dziś czytamy wirusy!

 

I przeczytaliśmy z marszu połowę książeczki. Limfocyty, granulocyty, rinowirusy, grasica, układ immunologiczny – pojęcia dobrze znane z kultowej serii „Było sobie życie” zapewne na trochę zagoszczą pod naszym dachem (już się cieszę na serię pytań medycznych, ech). Ale to dobrze.

 

Jestem pewna, że w kolejnym sezonie na rinowirusy M. będzie jeszcze chętniej wydmuchiwał nos i łykał syropy (oby jak najrzadziej). Najlepiej się walczy z wrogiem znanym, a dzięki książce „Lądowanie rinowirusów” te niewidoczne, złośliwe paskudztwa nie będą mieć przed nami żadnych tajemnic!

 

PS. Dzieciom, które uciekają przed kroplami do nosa i zamykają buzię, gdy widzą łyżkę z syropem, „Lądowanie rinowirusów” powinno być przepisywane na receptę.

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):