Lisbon story. Odcinek 1czwartek 16.03.2017

Widok na Alfamę z zamku św. Jerzego

 

 

Przyszedł taki czas, że gdyby MamaM. wygrała w Lotto ze dwie bańki (albo dajmy na to pięć) nie wahałaby się ani przez chwilę…

 

No dobrze. Może by się i wahała. Wyjechać czy zostać. Zostać czy wyjechać. I być może podjęłaby jednak decyzję, że ma dość i wyjeżdża, ale wtedy – zapewne – wybrałaby kraj typu Wielka Brytania albo Niemcy. Albo Szwajcaria. Albo Holandia. Albo Belgia, choć nie Bruksela. Ewentualnie – Hiszpania. Bo M. Bo przyszłość M. Bo musiałaby być dobra szkoła, język otwierający podwoje świata. Bo M.

 

Bo gdyby nie M., a MamaM. miałaby na koncie dwie bańki albo pięć, to – Portugalia. Konkretnie, Lizbona. Tak. To jest miejsce, w którym MamaM. powinna się urodzić. A jeśli nie urodzić, to móc tam mieszkać.

 

Na razie, póki baniek ni widu ni słychu a M. podlega obowiązkowi edukacyjnemu, pozostają wyjazdy kilkudniowe. I tak pierwszy tydzień ferii zimowych (ZI-MO-WYCH, hahahaha) spędziliśmy w Lizbonie. 16-22 stopnie C, trochę deszczu (pierwszy dzień), słońce do obłędu, do zachłyśnięcia, doooo… Lizbońskie smakołyki, lizbońskie uliczki, lizboński bruk, tramwaje, windy, metro… I więcej.

 

W pierwszych dwóch dniach nieco nas straszyły chmury. Ale i tak było 18 stopni C.

 

 

Dla MamyM. był to już trzeci pobyt w Lizbonie. Ze wszystkich – najlepszy. Poprzednie dwa miały miejsce 11-12 lat temu. Za pierwszym razem MamaM. była sama, potem – z kimś ważnym, teraz – z kimś najważniejszym. Może właśnie dlatego ten pobyt był najlepszy? Choć tamte też niczego sobie – każdy inny.

 

Lizbona zimą wymiata. Wymiata też wiosną, jesienią a nawet latem. Lizbona wymiata, bo:

 

- jest stolicą kraju, który kiedyś był potęgą kolonialną. Co miało swoje konsekwencje w postaci złota i bogactw wszelakich, wydawanych hojną ręką na budynki użyteczności publicznej i prywatnej. Lizbona jest przezarąbiście przepiękna i okazała, choć równocześnie tknięta zębem czasu, więc nie onieśmiela.

 

- jest stolicą kraju, który już dawno nie jest potęgą. Jest też jednym z uboższych krajów starej UE. Ceny w Portugalii poza Lizboną i największymi kurortami są dla turystów z Polski umiarkowane z tendencją do niskich. W Lizbonie – są umiarkowane. Zwłaszcza poza sezonem, gdy przyzwoity nocleg można znaleźć od 18-20 euro za noc (pokój). Taki znaleźliśmy i my. Jedzenie i zwiedzanie też nie są drogie.

 

- jest wielkim miastem z klimatem totalnej prowincji. Paryż, Londyn, Bruksela, nawet Rzym – miasta żyjące pod presją czasu a ostatnio i w cieniu obaw o zamachy. W Lizbonie nie czuje się ani jednego, ani drugiego. Mimo upływu tych nastu lat MamaM. ze zdziwieniem zobaczyła, że miasto może żyć tak, jakby nic się nie zmieniło w tym czasie. Zero stresu.

 

- są bezpośrednie połączenia. Lot na drugi koniec Europy nie rujnuje kieszeni. Za nasze bilety, z jednym dużym bagażem podręcznym (ulubieni Różowi Zdziercy) zapłaciliśmy niecałe 1,2 tys. zł. W dwie strony, dwie osoby. Można taniej, jeśli komuś łatwiej kuglować z terminami – nas wiązały ferie. Leci się z Warszawy 3,5 godziny. No dobrze, MamaM. podpowie, że następnym razem (bo nie wątpi w następny raz, nawet bez wygranej w LOTTO) postara się upolować okazję w TAP, w nadziei że mają nieco więcej miejsca niż Różowi Zdziercy. W Różowych człowiek ma wrażenie, że zmienia się (pod koniec lotu) w sardynkę. I co z tego, że portugalską?

 

- kuchnia portugalska ma swoje jasne i ciemne strony, ale generalnie dla niewegetarian jedzenie jest mocnym punktem wyjazdu. I picie, wino verde i te sprawy. Sangria biała na przykład. Albo czerwona, nie bądźmy rasistami. Owoce morza, ryby. Desery. Babeczki… I tysiąc innych przysmaków, o których później. Wegetarianie, hmmmm. Mogą mieć ciężko.

 

- w jej okolicach jest przynajmniej kilka miejsc, które również warto zobaczyć. Tydzień w Lizbonie to wystarczająco na zwiedzanie miasta, bycie w mieście, cieszenie się byciem w mieście, leniuchowanie w mieście i jeszcze na jedną lub dwie półdniowe lub całodzienne eskapady. I to w JAKIE miejsca! Pokażemy na blogu zaraz wkrótce.

 

- to idealne miasto do zwiedzania z dzieckiem, zwłaszcza takim, które nie potrzebuje wózka. Mnóstwo atrakcji. Mnóstwo! Muzea takie, że kapcie spadają. Oceanarium (nie byliśmy). ZOO (byliśmy). Place, po których można biegać do woli. Ach.

 

Pięknie, ciekawie, bezpiecznie, przepysznie, niezbyt drogo – taka właśnie jest Lizbona.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chmury? Jakie chmury?

 

 

I gdyby MamaM. wygrała te dwie bańki, albo lepiej pięć, to z pewnością odwiedzałaby Lizbonę przynajmniej raz w roku, wynajmując mieszkanie np. na miesiąc, zapraszając gości, odkrywając wspólnie miasto, które w każdym niemal zaułku skrywa jakieś niespodzianki. Albo urywając się wszystkim, łącznie z M., z książką albo lepiej dwoma, siedziałaby godzinami w kawiarniach…

 

Ach! Kawa! Kawa! Do listy powodów, dla których warto przyjechać do Lizbony dopiszcie kawę. Kawa we Włoszech to lura w porównaniu z kawą portugalską. Nektar ten jest w dodatku nieprawdopodobnie tani – wyśmienite espresso można kupić za 50-70 centów, „większe” kawy z reguły nie kosztują więcej niż 1,5 euro.

 

Tak, zdecydowanie pora nadać kupon.

 

Wkrótce – porady praktyczne, co jeść i gdzie jeść, gdzie spać i jak poruszać się po Lizbonie. A potem najciekawsze miejsca polecane przez MamęM. i M. w Lizbonie i okolicach. Plus, oczywiście, zdjęcia. Więcej zdjęć!

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lizbona to najdalej na zachód wysunięta stolica kontynentalnej Europy. A niedaleko Lizbony jest najdalej na zachód wysunięty kraniec naszego kontynentu. M. postawił na nim stopę. A MamaM. straciła ochotę do bycia gdzie indziej. Oddychanie nad otwartym oceanem jest jak poezja, jak miód…

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):