Lisbon story. Odcinek 2. Praktycznieczwartek 23.03.2017

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

O biletach lotniczych już trochę było, ale… do Lizbony tanimi liniami można polecieć z Polski za nawet 350-400 złotych od osoby w dwie strony (naprawdę, są takie ceny, choć terminy niezbyt dogodne). Nas bilety WizzAir, z kartą klubu i 20 proc. rabatem (to u nich lubię, te okresowo pokazujące się przeceny) kosztowały niecałe 1,2 tys. zł (cena z dużym bagażem podręcznym dla jednej osoby). Bilety były kupowane wcześniej (październik), bo ferie zimowe nie dają się dowolnie przesuwać. Zawsze się płaci więcej w terminach z góry skazanych na większe obłożenie. Samolot „tam” leciał załadowany do ostatniego miejsca (wylot w piątek). Dodatkowo ceny biletów do  Portugalii, nawet poza tzw. sezonem, winduje w tym roku stulecie objawień fatimskich (w obydwie strony większość pasażerów stanowiły pielgrzymkowe grupy zorganizowane).

 

Dojazd z lotniska do centrum miasta – najlepszy z możliwych, czyli metro. Czerwona linia metra kończy się na lotnisku, a że przecina pozostałe (żółtą, zieloną i niebieską), z lotniska można metrem dojechać niemal wszędzie. Ewentualnie dogodnie się przesiąść. Wystarczy na stacji kupić kartonikową kartę (0,50 euro) i nabić bilet (my – jednorazowy, który pozwolił nam dojechać do Cais de Sodre, końcowej stacji zielonej linii, 1,45 euro), wsiąść do metra i jaaaazda.

 

Komunikacja miejska w Lizbonie. Lizbona jest rajem dla tych, którzy lubią metro i tramwaje (a także ich lizbońską odmianę – windy). Świetnie rozwinięta jest też sieć miejskich autobusów, a także kolei podmiejskich. Generalnie transport publiczny wygrywa i rządzi.

Nie ma niestety zniżek dla dzieci – z rozrzewnieniem wspominała MamaM. Rzym, w którym M. jeździł za darmo… Ale z drugiej strony – zwiedzanie Lizbony nie wymaga (zawsze) poruszania się środkami komunikacji. Przyjęliśmy system mieszany – na dwa dni nie kupowaliśmy biletów wcale, trzy dni mieliśmy bilety całodobowe, na jeden dzień (wyprawa poza Lizbonę) kupiliśmy całodzienny bilet na komunikację pociągowo-pozamiejską. Jeszcze o tym będzie w odpowiednim wpisie.

 

Przejażdżka takim tramwajem to atrakcja sama w sobie. Koniecznie!

 

Bilet całodobowy kosztuje 6,15 euro i zdecydowanie się opłaca, jeśli chcemy pojeździć starymi tramwajami (np. najsłynniejszą linią 28, ale inne też kuszą), windami, metrem. Większość stacji metra to przykłady niebanalnego mariażu sztuki użytecznej publicznie z codziennością. Warto urządzić sobie tour po lizbońskim metrze i pooglądać. Naprawdę. Bilet całodobowy opłaca się zwłaszcza, gdy planujemy eksplorację wind – bilety kupowane u maszynistów są w tym przypadku horrendalnie drogie (trzeba wykupić w dwie strony, w przypadku windy św. Justyny to oznacza wydatek ponad 5 euro. Z biletem całodobowym jeździmy oczywiście „gratis”.

 

Justa widziana z perspektywy stacza kolejkowego. Aby uniknąć długich kolejek, najlepiej przyjść rano

 

Można też stosować opcję zappingową, czyli ładować na kartę określoną kwotę pieniędzy, którą potem kasowniki (zawsze umieszczone przy przednich drzwiach, którymi należy wsiadać) ściągają, gdy przybliżamy kartę. Wychodzi taniej niż ładowanie pojedynczych biletów. Nie testowaliśmy.

 

Gdzie spać w Lizbonie? Co to w ogóle za pytanie, gdzie spać? Gdzie kto chce! Gdzie kogo stać! W Lizbonie nie brakuje wypasionych, pięcio i czterogwiazdkowych hoteli, które spełniają wszystkie wyśrubowane wymogi koneserów luksusowych miejsc do spania. Znaleźć dobry nocleg za duże pieniądze – żadna sztuka. Duże pieniądze, w przypadku Lizbony, oznacza jednak dużo mniej niż w innych zachodnioeuropejskich stolicach – przyzwoity hotel wielogwiazdkowy można upolować (poza sezonem) za mniej niż 80 euro za noc.

 

Dla MamyM. – drogo. Niezły nocleg fajna rzecz, ale nie może kosztować kroci. Przedział cenowy – maksymalnie 20-25 euro za noc. Niezły nocleg oznacza: lokalizację blisko centrum i dobrze skomunikowaną, windę w budynku (o tym za chwilę), dobre oceny za czystość i sprawne wi-fi. Na ołtarzu ceny MamaM. kładzie natomiast prywatną łazienkę oraz śniadanie, które i tak w Portugalii nie bywa specjalnie pożywne.

 

I tak przeczesując booking.com MamaM. trafiła na niezły nocleg TU (bardzo wysoka ocena, bo 9!), zarezerwowała… I w sumie może polecić, choć z pewnymi zastrzeżeniami. Pierwsze dotyczy słabo działającego wifi. Czasem działało bardzo dobrze, czasem wcale. Kłopot. Drugi kłopot związany jest z brakiem ogrzewania i co za tym idzie – wilgocią w pokoju (zastrzeżenie sezonowe). Zimno nie było (połowa lutego), bo jakieś tam ogrzewanie jednak jest, ale… ręczniki nie schły. A BTW ręczników – nie zmieniono nam ich przez cały pobyt. Ba! Przez tydzień nikt nie wszedł, by posprzątać w pokoju, choć pensjonat był sprzątany i w częściach wspólnych można było jeść z podłogi, dosłownie. Za to miejsce komunikacyjnie dobrane świetnie. I winda była. To ważne, może nawet ważniejsze niż sprzątanie pokoi. Pensjonaty i hostele w Lizbonie bardzo często mieszczą się na górnych piętrach starych kamienic z wąskimi klatkami schodowymi. Taszczenie walizek na trzecie lub czwarte piętro? Dziękuję za takie atrakcje. Reasumując – cena znakomita, poniżej 20 euro za noc. Lokalizacja prima sort. Czystość ogólna – bardzo dobra. Minus za wifi, minus za lekką wilgoć, minus za brak sprzątania i niewymieniane ręczniki.

 

Dobra wiadomość – Lizbona ma najlepsze w Europie hostele. I ma ich naprawdę dużo. Większość tych miejsc oprócz noclegu typowo hostelowego (łóżko we wspólnej sali) oferuje pokoje 2,3,4-osobowe, idealne dla rodzin. Nie wszystkie hostele (zwłaszcza w lokalizacji Bairo Alto, dzielnicy klubów i nocnego życia) akceptują przy tym obecność dzieci – warto się upewnić.

 

Gdzie (i co) jeść w Lizbonie? Co to w ogóle za pytanie, gdzie i co jeść! Wszędzie i wszystko… No, prawie.

 

Nie odwiedzaliśmy luksusowych restauracji. Ba, nie bywaliśmy nawet w tych umiarkowanie przystępnych (takich, w których rachunek dla dwóch osób za pełną kolację z umiarkowaną ilością alko zamyka się w 50 euro z napiwkiem). Powód? Bynajmniej nie (tylko) oszczędnościowy. Po prostu – z dzieckiem zwiedza się inaczej i je się też inaczej. W restauracjach nawet umiarkowanie przystępnych, o luksusowych i drogich nie wspominając, jest pewien rytm zamawiania: przystawka, danie główne, deser. Wino, woda, kawa… Dla każdej osoby. A co zrobić, jeśli nam na dwoje wystarcza przekąska (płatna) i danie główne plus porcja frytek, ewentualnie deser z dwoma łyżeczkami? Górą są knajpki lokalsów, w których nie obowiązują żadne wymagania czy oczekiwania personelu.

 

Co warto wiedzieć o lizbońskich restauracjach i portugalskiej kuchni?

 

W blogosferze można natknąć się na opinie, że portugalska kuchnia nie jest wysokich lotów. Że owszem, ryby i owoce morza, że mięso też, ale po pierwsze – tłusto, po drugie – niemal bezwarzywnie, bo Portugalczycy są mordercami warzyw. I że podają na jednym talerzu frytki i ryż, zupełnie ignorując złowrogi wpływ węglowodanów… o glutenie nie wspominając!

 

Danie teoretycznie jednoosobowe. Po bokach warzywa (z jednej strony zamordowane, rozgotowane), pośrodku clou – szaszłyk, czyli dwa spore kawałki boczku, sześć sporych krewetek, napchane kalmarów jak cebuli.

 

Jeśli M. jęczy, że nie może, to znaczy że mus czekoladowy mógłby starczyć dla kompanii wojska. Był pyszny ten mus, na marginesie…

 

 

A naszym zdaniem? Portugalska kuchnia jest świetna, aczkolwiek nie jest prosta – tak jak proste do lubienia są kuchnie włoska czy hiszpańska. Ale de gustibus i tak dalej – nam w Lizbonie smakowało wszystko.

 

W portugalskich restauracjach powszechnie obowiązującym zwyczajem są płatne przekąski – pieczywo, tapenady, pasta z sardynek, sery etc. Opcji jest dużo. Taka przystawka kosztuje, w zależności od klasy lokalu, od 1,5 do nawet 5 euro. Nie jest to żadna pułapka na turystów, jak można przeczytać na forach. Można się zdecydować lub nie. Można od razu podziękować, kelner zabierze. Można po prostu nie tknąć – nie doliczą do rachunku. Korzystaliśmy, ale sporadycznie. Warto się skusić choć raz lub dwa, ale musu nie ma.

 

W większości miejsc, w których się stołowaliśmy, porcje były „słusznych rozmiarów” i tylko raz popełniliśmy błąd zamawiając dwa dania główne. Dorosły plus dziecko, nawet z dużym apetytem, nie przejedzą talerzy, nie ma siły.

 

Poza dwoma wyjątkami, nie napiszemy: – Musicie tam iść! Podajemy raczej sugestie, czego szukać i inspiracje, że można. Można też zupełnie gdzie indziej.

 

Padaria Portugesa. Sieciówka, przede wszystkim piekarnia, w której można zjeść śniadanie, mają też zestawy lunchowe, np. zupy i kanapki (nie testowaliśmy). Kupowaliśmy tam pieczywo i bywaliśmy na śniadaniach. Koszt śniadania ze świeżymi sokami (x2) i kawą (x1) – 8-9 euro za dwie osoby, a stopień najedzenia w skali 1-5 jakieś 8. Więc naprawdę spoko. Są w wielu miejscach w Lizbonie, i jak to sieciówka mają wystandaryzowaną jakość obsługi i produkty. Indżojcie śniadaniowo, bo warto.

 

Casa da India. Dzielnica Chiado generalnie nie kojarzy się z niedrogimi, lokalnymi miejscówkami (w przeciwieństwie do Alfamy, gdzie takowych jest mnóstwo). Tym niemniej, można. Tuż u wylotu głównego placu Chiado, idąc w kierunku windy Bica, przy ulicy Loreto, mijamy (dosłownie, bo lokal jest niepozorny) dziupelkę z szyldem Casa da India. Bez obaw (MamaM. nie jest fanką hinduskiej szamki) – w lokalu podają kuchnię lokalną, portugalską, z dużą przewagą ryb i owoców morza, ale mięso też. Lokal ma dwadzieścia (no dobrze, może trzydzieści) metrów kwadratowych i pierdylion stolików. To jedna z oznak, że karmią tu dobrze i lokalnie. Taki urok miejscowych knajpek, zero intymności. Nie tylko zerkasz kompletnie obcym gościom do talerza, ale napawasz się zapachem ich dorsza, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Albo labraksa tudzież ośmiornicy. Nic a nic nie żartuję, uwaga na łokcie, żeby nikogo nie trącić. W Casa da India jedliśmy krewetki w czosnku (mniam) i mix mięs (małą porcję). Do tego sangria, woda, kawa – 15 euro? Jakoś tak.

 

Generalnie obowiązuje zasada: dużo stolików nakrytych papierowymi obrusami, mnóstwo miejscowych równa się dobre, proste jedzenie. W Alfamie, do której tym razem się nie zapuszczaliśmy kulinarnie, są otwierane wyłącznie w porze lunchu (12.00-15.00) i kolacji (od 19.00) lokaliki bardziej niż lokale – trzy, cztery stoliki plus to, co przy kontuarze. A karmią tam tak… Karty nie uświadczysz, je się to jest przyrządzane w kuchni. MamaM. jadła podczas poprzedniego pobytu lunch w jednym takim lokaliku najlepsze sardynki z patelni, całkiem przyzwoitą sałatę zieloną, ślimaki, karafka vino verde na dwie osoby, kawa i jakieś domowe ciasto – i rachunek, pamiętam jak dziś, wyniósł mniej niż 15 euro.

 

Z drugiej strony, jeśli już jesteśmy przy temacie Alfamy, jedno miejsce MamaM. poleca na sezon wiosenno-letnio-jesienny. Też z poprzedniego wyjazdu, ale upewniła się, że poziom trzymają. To Pateo13 – miejsce, w którym po raz pierwszy zobaczyła długie, kilkudziesięcioosobowe kolejki do stolika. Mięso, ryby, owoce morza – wszystko grillowane. Restauracja „pod chmurką”, gwar, uwijający się kelnerzy i ich szef, machający serwetą, że za wolno, za ślamazarnie biegają z talerzami. Plus dzban białej sangrii albo lepiej dwa, a na deser mus czekoladowy. Jadłabym. Też jest BARDZO lokalnie. Koszt pełnej kolacji dla dwóch dorosłych osób (z tymi dzbankami sangrii) to jakieś 50-60 euro. Było jedzone wszystko, przystawki, dania główne, deser, kawa.

 

W Lizbonie dobre jest to, że nawet w miejscach wyglądających na turystyczne karmią przyzwoicie. Takie mamy doświadczenia z Belem, które to jest dzielnicą nawiedzaną wyjątkowo tłumnie, a lokalizacja vis-a-vis klasztoru Hieronimitów, głównej atrakcji turystycznej, rodzi podejrzenia, że restauracja jest nastawiona na łupienie bezbronnych innostrańców a karmią w niej podle. Jednak zwiedzanie z dzieckiem ma swoją specyfikę. Gdy włącza się tryb „głód”, czasu na decyzję jest niewiele. „Kto nie ryzykuje, ten nie…” – pomyślała MamaM. i skierowała kroki do lokalu, reklamującego się jako miejsce serwujące kuchnię portugalską i owoce morza. I się zdumiała, gdyż obcokrajowców nie było prawie wcale, wokół szumiał język portugalski, a jedzenie było smaczne i w sumie, zważywszy na lokalizację, niedrogie. Za lunch złożony z płatnych przekąsek (pieczywo i pasta oliwkowa), smażone w czosnku krewetki, małże w sosie pomidorowym i jeszcze porcję krewetek z grilla plus woda zapłaciliśmy 20 euro. I pewnie można taniej i pyszniej, również w Belem, ale skuchy żadnej nie było.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Krewetki w trakcje, hmmm, konsumpcji

 

A gdy już jesteśmy przy Belem, to absolutny MUST EAT. A w zasadzie MUST BE, czyli Pasteis de Belem.

 

Traficie tam po kolejce – kłębi się zawsze, niezależnie od pory dnia. Nie należy stać, nie należy kupować sześciopaków na wynos (no, w każdym razie nie należy się do tego ograniczać). Trzeba wejść do środka. W tej babeczkarni jest czterysta miejsc siedzących, a największa sala przypomina raczej stołówkę zakładową niż kawiarnię. Bardzo piękną stołówkę, zaznaczmy. Mnóstwo azulejos, mnóstwo starodawnych maszyn (w tym kasy), przeszklone miejsce wytwarzania małych, pysznych pasteis… Uwijający się kelnerzy, świetna i tania kawa. Najlepiej zamówić po trzy sztuki babeczek na twarz, obficie posypać cynamonem i cukrem pudrem i wciągnąć lewą dziurką (a potem domówić kolejny talerzyk).

 

Świetne babeczki tylko w Belem

 

Bardzo dobre babeczki można zjeść nie tylko w Belem, nie tylko w Lizbonie zresztą. W stolicy Portugalii jest co najmniej kilka innych „miejscówek”, serwujących świetne pasteis de nata (tak nazywają się te ciastka wszędzie poza ciastkarnią w Belem). Ale do Belem na babeczki i tak trzeba, i tak warto.

 

Kolejny MUST BE (i MUST EAT) to hala targowa przy Cais de Sodre, czyli Time Out Market. – Lizbońskie Koszyki, tylko dużo fajniejsze – stwierdził M., i uwierzcie -nawet w tej wersji jest to dla Koszyków Zaszczyt oraz Nobilitacja.

 

Akurat nie było tłoku…

 

Byliśmy tu niezliczoną ilość razy. Nasze serca podbiła pizza na kawałki…

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedna z pesto, druga z ziemniakami (mniam)

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

MamaM. poiła się sangrią (i białą, i czerwoną)

 

… i kurczak z chipsami ziemniaczanymi, i kanapki z mięsem i frytkami z batatów, i krewetki w czosnku. W Time Out Market można spróbować niezliczonych smakołyków i na słono, i na słodko. Są również świetne babeczki! Jest różnorodnie, jest pysznie, można się integrować z lokalsami i innymi turystami, można podglądać pyszności. Subiektywnym zdaniem MamyM. nie jest drożej niż w przeciętnych lokalach w centrum Lizbony, a na pewno na plus jest to, że można spróbować różnych dań. Jedno zastrzeżenie – w weekendy, w porze lunchu i kolacji jest niewyobrażalny tłok. Wtedy lepiej nie iść, bo zamiast przyjemności mogą być nerwy i stres.

 

A jak komuś by się zamarzyło pichcenie, to i zakupy zrobić można, jak to w hali targowej!

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Takie tam, na ichniejsze „schabowe”

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I jeszcze trochę drobiazgów

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):