Lisbon story, odcinek 3. Spacery po mieście itd.piątek 24.03.2017

OLYMPUS DIGITAL CAMERAItd., czyli shopping. Przymusowy, ale o tym potem.

 

W Lizbonie zameldowaliśmy się w piątek wieczorem, w sobotę rano był konkurs skoków w Sapporo (tak, oglądaliśmy). Potem – biegiem na śniadanie, bo żołądki piszczały. Pochmurno, trochę chłodno (12 stopni), ale nieważne! To przecież Lizbona! Jesteśmy w Lizbonie!

 

Sobota i niedziela były z góry przeznaczone na zapoznanie się z miastem. Na niespieszne, w miarę możliwości, miasta smakowanie. Spacer nad Tag, plac dosłownie opierający się o rzekę. Baixa z jej cukierniami i sklepami, Restauradores – winda Gloria, pierwsza, którą MamaM. pokazała M. (wcześniej zakupiwszy bilet całodobowy).

 

Windą w górę i w dół, potem kółko ulicami w okolice Ratio, i z powrotem do Glorii, żeby zjechać w dół jeszcze raz. – Patrz mama, jakie mamy szczęście, nikogo nie ma! – woła uszczęśliwiony M. (poprzednie dwie przejażdżki w tłoku). Nie ma to nie ma, motorniczy odpala windę, ale wyczulone ucho MamyM. słyszy jakieś trzaski i gruchotania. Winda toczy się w dół, bardzo wolno, coraz wolniej, po kilkunastu metrach staje. Zacięła się! Utknęliśmy w lizbońskiej windzie! Winda musi dotoczyć się do „mijanki” – z dołu jedzie w górę drugi wagonik, pośrodku stromej ulicy jest tylko kawałek podwójnego torowiska. Maszynista konsultuje niezręczną sytuację przez telefon, najwyraźniej z koleżanką dowodzącą windą zmierzającą w przeciwnym kierunku. M. rozpada się ze szczęścia. – Ale przygoda, ale przygoda!

 

Uff, udało się. Winda dotoczyła się do dolnego przystanku, na którym stał tłum Japończyków w wieku emerytalnym. – It doesn’t work – uprzedziła MamaM., ale dziarskie staruszki z Kraju Kwitnącej Wiśni nie zrozumiały chyba, bo uparły się wsiąść. – Lift kapuuuut! – dołączył się M., zasmucając wycieczkę.

 

Zgłodnieliśmy.

 

Blogosfera bywająca w Lizbonie ostrzega przed jedzeniem przy ulicy Portas de Santo Antao. Że pułapki są na turystów, drogo i niesmacznie.

 

Nie wierzcie, nie wierzcie… Idźcie do Bonjardim – zjecie porządnie (ich specjalność to kurczak z rożna) i za nieduże pieniądze. Wśród miejscowych, którzy przychodzą się raczyć miejscowym jedzeniem. Widocznie nie czytają polskich blogów. (MamaM. to miejsce odwiedziła pierwszy raz w 2005 roku, też blogów nie czytała). Poszliśmy, zjedliśmy (rachunek ok. 15 euro), M. był posiłkiem zachwycony i gotowy do przejażdżki tramwajem 28.

 

Niestety, mżyło. Padało nawet, co nam utrudniało plan, bo WSZYSCY woleli jeździć tramwajami niż spacerować. Ale się udało, zaliczyliśmy przejażdżkę 28 po Alfamie, tymi uliczkami wąskimi tak, że naprawdę można byłoby komuś ściągnąć pranie z okna wystawiając rękę z tramwaju. Tramwaj kluczył, dzwonił, wjeżdżał ostro pod górę by zaraz stoczyć się w dół. – To lepsze niż kolejka w wesołym miasteczku – stwierdził M.

 

Warto tylko pamiętać, że na ostatnim przystanku mus wysiąść (przejść i ustawić się w kolejce na przystanku dla wsiadających). Motorniczy nie toleruje jeżdżenia „od pętli do pętli” bez wysiadania. Nawet jeśli ma się bilet dobowy.

 

Wysiedliśmy więc na przystanku, przy którym można było się dogodnie przesiąść do metra. A po cóż? Po shopping. MamaM. zapragnęła udać się do centrum handlowego Vasco da Gamma w celu nabycia… ładowarki do aparatu fotograficznego.

 

Pakowanie na godzinę przed wyjściem na lotnisko ma dużo plusów, ale ma też minusy – zapomniało się, że smartfon idealny do robienia zdjęć, LG G4, jest zimnym trupem bez płyty głównej. I że do torby wrzuciło się, owszem, aparat fotograficzny, ładowarkę do głupiegofona, całe mnóstwo innych sprzętów, ale o ładowarce do aparatu się nie pamiętało. A być w Lizbonie po raz trzeci i wrócić (znów) bez zdjęć? Aaaaaa. MamaM. była nawet gotowa kupić aparat, ale pomyślała, że może uda się taniej opędzić problem.

 

I się udało, bez rozwlekania tematu. A bogatsi o ładowarkę zrobiliśmy też zakupy w ichniejszym hipermarkecie typu Karfur, nabywając wędlinę, ser, sok i kilka opakowań kawy w kapsułkach typu Nespresso, z brazylijsko-portugalskimi mieszankami.

 

Dzielnica Oriente (tam właśnie to centrum handlowe) to Oceanarium, Park Narodów, fontanny i wiele atrakcji, niestety – z przyczyn pogodowych odpuściliśmy. Oceanarium akurat nie z pogodowych, ale też. Reszta soboty upłynęła nam na jeżdżeniu metrem, zwiedzaniu stacji, powrocie do pensjonatu, kolacji (Time Out Market).

 

I planowaniu niedzieli. Będąc posiadaczami biletu dobowego nie mogliśmy wszak marnować cennych chwil!

 

I dlatego już ok. 8.30 zameldowaliśmy się przy Świętej Justynie, czyli jedynej wertykalnej windzie w Lizbonie, będącej dziełem ucznia inżyniera Eiffla. Winda nie została zaprojektowana i zbudowana jako atrakcja turystyczna – choć jest nią teraz bez wątpienia – tylko jako miejskie udogodnienie (podobnie jak trzy inne, szynowe, windy. Życie w mieście położonym na siedmiu STROMYCH wzgórzach ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne, a nawet minusy…

 

Taka tam Lizbona

 

Wyjechali, popatrzali, zdjęcia porobili, zjechali… I poszli do Baixy na ciacho. Dużo jest tam pastelarii, cukierni – nie ma sensu rekomendować konkretnej. Tip dla oszczędnych: ciastka jedzone na miejscu kosztują sporo drożej niż na wynos. Jeśli nie pożąda się kawy (MamaM. pożądała), korzystniej wychodzi wziąć ze sobą.

 

Ciastka w Portugalii są bardzo, bardzo słodkie. Zawartość cukru w cukrze jest chyba wyjątkowo wysoka…

 

A potem do tramwaju 28, a jakże, żeby zawiózł nas do Zamku św. Jerzego. Bo warto. Nawet jeśli z innych miejsc za które nie trzeba płacić są porównywalne widoki. Warto. Płaciła zresztą tylko MamaM (bodaj 8,5 euro)., bo M. jako pacholę poniżej 10. roku życia miał wstęp gratis (jak do niemal wszystkich muzeów w Lizbonie).

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cel, pal!

 

 

Zamek to ruiny, w większości. Ale akurat pogoda nam się wysłoneczniła, więc w niczym to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie do podłoża.

MamaM. pakując się zapomniała nie tylko o ładowarce do aparatu, ale również o swoich doświadczeniach z lizbońskim brukiem. I zabrała buty niekompatybilne z Alfamą, Zamkiem św. Jerzego, znaczną częścią Lizbony a także Sintrą oraz Cabo da Roca, zaplanowanymi na poniedziałek.

 

Tym samym niedzielne popołudnie zaplanowało się samo – shopping.

 

Takie niebo! Luty! +100 do szczęścia!

 

Ale wróćmy na zamek, gdzie spotkaliśmy rycerzy, M. strzelił sobie z kuszy raz i drugi, pospacerował po murach obronnych, pogonił po schodach,

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Drzewa bez liści jeszcze, znaczy – zima…

 

naciągnął mamę na dukata (2 euro) i stwierdził, że po pierwsze zamki portugalskie podobają mu się okrutnie, po drugie – że jest bardzo głodny i coś by zjadł.

 

Nic prostszego, niż zjeść gdzieś w Alfamie, schodząc w dół wąskimi, krętymi BRUKOWANYMI uliczkami, prawda? No ale nie w TYCH butach. Więc pognaliśmy (hahaha, po kocich łbach, hahaha), na przystanek autobusowy (kończył się bilet dobowy!), żeby zjechać tam gdzie bardziej płasko i da się chodzić bez natrętnych myśli czy następny krok nie będzie tym ostatnim przed skręceniem kostki.

 

Udało się!

 

Jednak nie wszystko. Pójście do Time Out Market w niedzielę w porze lunchu to zdecydowanie nie był Dobry Pomysł. Mówiąc konkretnie – pomysł był z rodzaju porąbanych i nie idźcie tą drogą. Nie to, żebyśmy nie zjedli. Zjedliśmy, i to nawet nieźle. Ale tym razem do talerzy patrzyli nam nie tylko sąsiedzi siedzący dookoła, ale też (a może nawet przede wszystkim) ci, którzy chcieli wygryźć nas z krzeseł.

 

Udało się natomiast, wprawdzie po dopiero trzech godzinach, (M. był zrezygnowany jak każdy facet na shoppingu) kupić buty odpowiadające potrzebom MamyM. w Lizbonie.

 

Byliśmy gotowi na dzień kolejny, który miał przynieść wycieczkę w okolice Lizbony. Częściowo MamieM. znane (Sintra) a częściowo nie (Cabo da Roca).

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):