Lisbon story. Odcinek 4. Cabo da Roca i Sintraniedziela 2.04.2017

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Twierdza Maurów, Sintra

 

 

Trzeci dzień naszej lizbońskiej historii to wycieczka poza Lizbonę – do Sintry przez Cabo da Roca, najdalej na zachód wysunięty przylądek kontynentalnej Europy. W Sintrze MamaM. była już wcześniej dwa razy, na Cabo da Roca – nie było okazji. Do teraz.

 

Większość tych, którzy dzielą się w Internecie doświadczeniami z podróży, rekomenduje rozpoczęcie wyprawy na dworcu Rossio, skąd odjeżdżają pociągi do Sintry, zwiedzanie największych atrakcji letniej rezydencji królów Portugalii i przejazd – późnym popołudniem lub pod wieczór na Cabo da Roca, gdzie nad oceanem można podziwiać zachód słońca. Dobry plan. Stamtąd – przejazd autobusem do Cascais i powrót pociągiem na Cais de Sodre.

 

Dobry plan, ale można też inaczej. MamaM. wyszła z założenia, że i tak zachodu słońca na Cabo da Roca nie będziemy wyglądać – bo to jednak zima, słońce zachodzi dość wcześnie i szybko robi się ciemno i żadna to frajda marznąć (wiatr od oceanu wieje solidnie) na przylądku. Odwróciliśmy więc kolejność dziobania. W podróż wyruszyliśmy ok. 8.30 z Cais de Sodre do Cascais, wprzódy jednak zaopatrzywszy się w bilet Bus&Rail za 15 euro od osoby (dzieci zniżek nie mają). Taki bilet jest ważny na pociągi w obie strony i wszystkie autobusy: Cascais – Cabo da Roca – Sintra, a także autobusy turystyczne w samej Sintrze, z których warto korzystać, zwłaszcza jeśli podróżnikiem jest dziecko. Jeśli ktoś zakłada zwiedzanie Sintry na piechotę, taniej wyjdzie mu kupowanie biletów na każdy przejazd osobno, ale strongly rekomendujemy opcję jednego biletu, nawet tym, którzy zwiedzają bez dzieci. Dwie atrakcje w Sintrze (Zamek Maurów i Pałac Pena) są położone naprawdę wysoko, i choć drogę można pokonać pieszo (MamaM. dwa razy drałowała pod górę i z góry i było OK), taki spacer pożera mnóstwo czasu. Tymczasem w Sintrze są jeszcze co najmniej dwie, trzy atrakcje, i jeśli ktoś chce intensywnie zwiedzić miasto w ciągu jednego dnia, taki bilet autobusowy może pomóc w realizacji planów.

 

Z biletem w ręku wsiedliśmy do pociągu (swoją drogą, gdy MamaM. dekadę temu z małym ogonkiem była w Lizbonie, kolejki podmiejskie – czyste i nowoczesne – robiły na niej ogromne wrażenie. Teraz, phi, też takie mamy!) i pooooojechaliśmy. Do Cascais, gdzie planowała MamaM. spacer na plażę, a może nawet zamoczenie stopy w oceanie (było 18 stopni C!). Z planów nici, bo M. napierał, żeby jechać dalej – ciągnął go przylądek, i to że będzie „najdalej na zachód wysuniętym członkiem naszej rodziny”. Serio.

 

Gdy wysiądziecie z pociągu w Cascais, nie idźcie w lewo, gdzie intuicyjnie prowadzą nogi (wyjście do miasta, pod dworcem widać stojące autobusy). Idźcie w prawo, za wyjściem z dworca jest przejście podziemne do centrum handlowego. W podziemiach tegoż jest dworzec autobusowy, autobus 403 do Sintry przez Cabo da Roca odjeżdża z samotnego stanowiska po prawej stronie. Sprzedajemy tę wiedzę zupełnie gratis, myśmy stracili pół godziny na tropieniu autobusu (znajomość angielskiego nie jest bardzo mocną stroną Portugalczyków w średnim wieku, a tacy akurat przeważali w godzinach porannych na stacji w Cascais).

 

Wsiedli, pojechali, napawali się widokami pozamiejskiej Portugalii (połowa lutego to zima, ale już wiosna, piękne te widoki, zielone) i dojechali.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zieloność, błękit, turkus…

 

 

Co MamaM. będzie mówić. Eksplozja błękitu i zieleni. Słońce. Powietrze. Bryza. Klify. Pięknie. Zero smogu. Wdech. Wdech. Wdech.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piękne i groźne…

 

Gdyby MamaM. miała ze sobą słoik, nałapałaby tego powietrza „na zaś”.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeden z kilku „upamiętniaczy”

 

Na Cabo da Roca nie ma wielu atrakcji. Są ścieżki, którymi można bezpiecznie się przechadzać z dala od klifów. Do tych ostatnich lepiej się nie zbliżać, i naprawdę warto potraktować ostrzeżenia i barierki serio – to właśnie tam doszło do głośnej jakiś czas temu tragedii: małżeństwo Polaków spadło ze skał na oczach dzieci, chcieli zrobić sobie zdjęcie…

 

Jest też latarnia, ponoć można zwiedzać i restauracja – nie planowaliśmy jednak posiłku. Są plaże, w pewnym oddaleniu, ale my, pobywszy i nacieszywszy się przylądkiem, wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy do Sintry.

 

Sintra to niewielkie miasteczko z wieloma wielkimi pałacami i jednym, za to ogromnym, zamkiem. Zamkiem Maurów, który znany jest z tego, że jest w ruinie i jest mu z tym dobrze. I to był nasz główny, a w zasadzie jedyny, poza krótką przebieżką po Sintrze, cel.

 

MamaM. nie lubi „zaliczać” atrakcji, na pewno nie wtedy, gdy zwiedza z M. Woli wybrać coś, co dziesięciolatka kręci, i pobyć tam dłużej (zanim dziecko się znuży), a potem zarządzić odwrót na lody, niż męczyć siebie i onego, że jeszcze Pałac Pena i rezydencja masońska oraz jeszcze coś i jeszcze coś. Ale jeśli ktoś lubi, albo ma dziecko starsze, albo odwrotnie – niemowlę, które i tak będzie spać w nosidełku (do Sintry nie wybierajcie się z wózkiem) – warto wiedzieć, że na samą Sintrę z jej wszystkimi atrakcjami dzień to mało.

 

My w każdym razie – Zamek Maurów. Ogromna twierdza, z której zostały głównie mury obronne.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do góry, do góry!

 

 

MamaM. na zamku była dwukrotnie. Raz w styczniu, drugi raz na przełomie maja i czerwca. Za pierwszym razem słońce nieśmiało wychylało się zza chmur. Za drugim – podobnie. Było co prawda nieco cieplej, bo nie 13 stopni, a 20, ale chmurzyło się okrutnie. Doczytaliśmy, że Sintra tak ma, bo to teren górzysty i mocno zalesiony, a lasy, wiadomo, parują. To znaczy u nas niedługo to trzeba będzie uwierzyć na słowo, jak wyrżniemy wszystkie puszcze…

 

No ale ad rem. To, że mieliśmy słońce i błękit na Cabo da Roca, było miłe. Ale to, że mieliśmy je również w Sintrze… – Jestem w czepku urodzony, pamiętaj! – przypisał sobie zasługi M., który rzeczywiście urodził się w czepku i doktor nawet zasugerował, by w stosownym czasie MamaM. zgłosiła M. na prezydenta.

 

Pochodziliśmy po murach, nacieszyliśmy się zapachem drzew iglastych w dużej obfitości, M. zakupił sobie dukata – i w drogę powrotną, specjalnym autobusem turystycznym do centrum Sintry. Tam lody, kawa i inne atrakcje, spacer na stację i kolejką do dworca Rossio. W Lizbonie byliśmy przed 19.00. Umęczeni, ale zadowoleni prze-o-kru-tnie.

 

PS. Gdzie jeść w Sintrze? Nie podam nazwy lokalu, ale szukaliśmy miejsca najzwyklejszego z możliwych. Weszliśmy do niedużego lokalu, do którego wchodzili Portugalczycy wyglądający na miejscowych. Nakarmili nas dobrze (MamaM. dorsza miała, M. spaghetti z krewetkami, małżami i kalmarami), do tego lampka wina i woda – 15 euro, a porcja makaronu była taka, że i MamaM. skosztowała sporo, bo M. „nie przerobił”. Trzeba tylko przysłuchiwać się językowi dominującemu w lokalu – jeśli to angielski, niemiecki, japoński, oddalamy się w podskokach. Niekoniecznie dlatego, że dadzą jeść dramatycznie źle. Natomiast na pewno – dużo drożej.

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):