Nad kanonem lektur świąteczne deliberacjewtorek 27.12.2016

karta-książki

Fot. Muzeum Literatury

 

 

MamaM., generalnie, zawsze była zwolenniczką lektur szkolnych – jako takich. Książek, które w ramach lekcji języka polskiego uczeń musi przeczytać (ze zrozumieniem) a potem nauczyć się – pod okiem nauczyciela – rozmawiać o bohaterach, ich wyborach, postawach. O realiach, opisach przyrody, przygodach mniej lub bardziej realistycznych. Na przekór lekturosceptykom MamaM. powtarzała – również na blogu – że dobra lektura nie jest zła. Że obowiązkowe, szkolnie czytanie i sprawdzanie, czy dziecko czyta ze zrozumieniem, jest wartością.

 

Obserwacja M. utwierdza MamęM. w tym przekonaniu, że lektury – generalnie – są dobrym wynalazkiem. Zwłaszcza takie, które dziecko czyta nie tylko chętnie, ale wręcz z pasją. M. w IV klasie swoje lektury (tfu, tfu) wręcz pożera: „Akademia Pana Kleksa” (MamaM. nie lubi bardzo), „Nowe przygody Mikołajka”, ostatnio – „Bracia Lwie Serce”. Zwłaszcza ta ostatnia pozycja przypadła M. do gustu ogromnie. Nakazał MamieM. przeczytanie książki (tak, tak, nie czytała wcześniej) i przez bite dwa tygodnie żyliśmy tematami zaczerpniętymi z tej pięknej, genialnej wręcz opowieści. Więc MamaM., generalnie, lektur nie uważa za dopust Boży. I M. również nie uważa.

 

MamaM. bardzo by chciała, żeby ta sytuacja się nie zmieniła.

 

I bardzo się boi, że wkrótce nastawienie prolekturowe w naszym domu może się mocno zmienić.

 

MamaM. boi się jednolitego, opracowanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, kanonu lektur. Jak ognia.

 

Bałaby się, nawet gdyby na czele MEN nie stała osoba, której MamaM., oględnie mówiąc, nie poważa. Jej i jej koncepcji zmian w edukacji, mówiąc precyzyjnie.

 

Bo MamaM. uważa, że przynajmniej w szkole podstawowej – a być może i w gimnazjum – MEN powinien co najwyżej przedstawiać listę książek zalecanych jako lektury, decyzję i pełną swobodę w jej podejmowaniu pozostawiając nauczycielom języka polskiego. Po pierwsze dlatego, że oni najlepiej znają swoich uczniów, ich zainteresowania i możliwości. Po drugie dlatego, że tak. Urawniłowka jest w edukacji złym pomysłem.

 

Kanon lektur obowiązkowych to ZUO – na pewno w szkole podstawowej. Na pewno do VI klasy włącznie. W klasach wyższych kanon lektur obowiązkowych to ryzykowne narzędzie. Wyjątkowo ostry nóż, który może trwale odciąć młodych ludzi od chęci czytania.

 

MamaM. analizuje propozycję listy z duszą na ramieniu. Nie jest tak, że potępia ją w czambuł i wieszczy katastrofę. Są na niej pozycje całkiem sensowne, ba – sympatyczne. Ale, pomijając impoderabilia, czyli niechęć do określania kanonu, MamaM. nie potrafi sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: po jasną cholerę.

 

MamaM. mogłaby w sumie napisać zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez ministra edukacji narodowej… Chodzi mianowicie o chęć dobicia ledwie zipiejącego ducha czytelnictwa w narodzie, w jego najmłodszych pokoleniach. Jak inaczej wytłumaczyć na przykład trwałe związanie losów uczniów od V klasy SP z „Panem Tadeuszem”? MamaM. oczami duszy swojej próbuje zobaczyć M. za rok nad opisami (?) a za dwa lata nad księgą z polowaniem na niedźwiedzia i koncertem Wojskiego. Ślepnie chyba, bo nie widzi tego. Co natomiast widzi? Widzi odrzut, aprioryczny i wieczysty, epopei narodowej. Która może się podobać, ale na bora – nie dziesięcio czy jedenastolatkowi!!!

 

I pisze to MamaM., która „Pana Tadeusza” przeczytała jako dwunastolatka. Ale która czytała samodzielnie poważne (czyli grubsze niż pojedyncze książeczki z serii „Poczytaj mi mamo”) jako pięciolatka. Która mając lat jedenaście zakochała się w Andrzeju Kmicicu i przeczytała w dwa tygodnie ferii zimowych nie tylko cały „Potop”, ale i „Pana Wołodyjowskiego”, wyhamowawszy dopiero na „Ogniem i mieczem”, do którego wróciła rok później, złożona chorobą zakaźną i skazana na wybór: Sienkiewicz albo Homer.

 

Jeszcze bardziej MamaM. nie widzi M. zachwyconego „Katarynką” Bolesława Prusa (którego to pisarza MamaM. wielbi, ale to do kroćset M., a nie MamaM., ma czytać lektury, nieprawdaż). A tu z lektur uzupełniających w piątej klasie wychynie jeszcze „Kamizelka” oraz… trzymajcie mnie, bo polecę i podpalę siedzibę władz edukacyjnych, „Janko Muzykant”. Henryka Sienkiewicza, ale każdy może mieć słabszy dzień. No, może MamaM. jest niesprawiedliwa, nie Sienkiewicza wina, że tę nieszczęsną nowelkę wtłaczali w kanon lektur gdy MamaM. była dzieckiem, i teraz też to robią – dzieciom i Sienkiewiczowi. Ja pierniczę (czy jakoś tak).

 

MamaM. ma do Henryka Sienkiewicza stosunek nabożny. Ale nie potrafi zrozumieć, dlaczego w VI klasie lekturą obowiązkową ma być „W pustyni i w puszczy”. Książka piękna, ale – przestarzała. Mocno przestarzała. MamaM. nie jest kanonicznym wyznawcą poprawności politycznej. I w sumie by chciała, żeby M. przeczytał tę powieść – ale czy koniecznie w szkole? Ogromne wątpliwości, wypiętrzające się niczym szczyt Kilimandżaro.

 

Analizowanie VII i VIII klasy mija się z celem, gdyż prawdopodobieństwo, że przebrniemy przez klasy V i VI z tym kanonem jest bliskie zeru. Uciekniemy na morze i zostaniemy marynarzami (kto zgadnie, kto miał taką wizję?). Ale jeśli jakimś cudem dotrwamy, to zabije nas analiza wiersza Jarosława Marka Rymkiewicza. Tego poety, który napisał m.in. przecudnej urody niewiadomoco. Podobno wiersz.

 

„Ojczyzna jest w potrzebie – to znaczy: łajdacy

Znów wzięli się do swojej odwiecznej tu pracy

 

Polska – mówią – i owszem to nawet rzecz miła

Ale wprzód niech przeprosi tych których skrzywdziła

 

Polska – mówią – wspaniale lecz trzeba po trochu

Ją ucywilizować – niech klęczy na grochu

 

Niech zmądrzeje niech zmieni swoje obyczaje

Bo z tymi moherami to się żyć nie daje

 

I znowu są dwie Polski – są dwa jej oblicza

Jakub Jasiński wstaje z książki Mickiewicza

 

Polska go nie pytała czy ma chęć umierać

A on wiedział – że tego nie wolno wybierać

 

Dwie Polski – ta o której wiedzieli prorocy

I ta którą w objęcia bierze car północy

 

Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie

I ta druga – ta którą wiozą na lawecie

 

Ta w naszą  krew jak w sztandar królewski ubrana

Naszych najświętszych przodków tajemnicza rana

 

Powiedzą że to patos – tu trzeba patosu

Ja tu mówię o sprawie odwiecznego losu

 

Co zrobicie? – pytają nas teraz przodkowie

I nikt na to pytanie za nas nie odpowie

 

To co nas podzieliło – to się już nie sklei

Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei

 

Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu

Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu!

 

Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo?

O to nas teraz pyta to spalone ciało

 

I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie

Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie”

 

No.

 

A jeśli i to przeżyjemy, to czternastoletni ósmoklasista M., przeanalizowawszy Rymkiewicza, wróci ze szkoły z lekturą uzupełniającą „Nela na kole podbiegunowym” w jednej ręce, w drugiej dzierżąc kij bejsbolowy i zapyta o drogę pod MEN. Rzecz jest pewna. I trudno będzie z dzieckiem polemizować.

 

Nie tylko ze względu na kij.

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):

  1. Beata pisze:

    Leżę i kwiczę ze śmiechu :)
    Choć, jako matce czytającego szóstoklasisty, bardziej mi się na płacz zbiera :( Biedne dzieci…
    A w ogóle to za trochę możemy nie mieć szans na wyrażanie takiej swobodnej opinii. I wtedy to się chyba trzeba będzie wybrać razem z synami pod ten MEN. Z kijami też