Narizinia, nareszcie!poniedziałek 11.03.2013

Przygody Narizinii czyli zadartego noska

 

Na blogu powinno się prezentować śliczne, błyszczące okładki. A jeśli nie nowe, to choć czyściutkie. A ta jest porysowana długopisem. To prawda. Ale nie miejcie mi za złe…

 

Przedstawiam książkę mojego życia, najpiękniejsze wspomnienie z czytelniczego dzieciństwa. Od niej zaczął się nie tylko nałóg czytania, ale też wielka przygoda z wyobraźnią. Bo ta książka to jeden wielki hołd dla wyobraźni dziecka – niczym nie skrępowanej, nieograniczonej, wolnej.

 

„O figlach i psotach, Narizinii, Piotrusia, Emilii, Kikutka, wicehrabiego Kaczana-Kukurydzińskiego i gadającego osła w wiejskim dworku pani Benty oraz o wielu rozmaitych przygodach w Krainie Czarów”

 

„Przygody Narizinii czyli zadartego noska” brazylijskiego pisarza Monteiro Lobato, wydane przez Naszą Księgarnię, dostałam na Dzień Dziecka w 1976 roku. Najpierw czytali mi ją rodzice. Wprawdzie już sama dość dobrze sobie radziłam z serią „Poczytaj mi mamo” i książeczkami Kornela Makuszyńskiego, ale ta książka to była literatura przez duże „L”, co dla 5,5-latki oznaczało, że ma wiele, wiele stron. Szybko jednak przekonałam się, że grube jest piękne i wcale nietrudne – i nie rozstawałam się z „Przygodami”. Rodzice nie dziwili się, że czytam książkę miesiąc, ale po trzech zaczęli się niepokoić (że zbyt wolno czytam). Heh – przeczytałam ją chyba z dziesięć razy, zanim się zorientowali, w czym rzecz.

 

Czego w tej książce nie ma! Jest Książę, który zakochuje się w głównej bohaterce. Jest nadworna krawcowa, która szyje suknie z materiału piękniejszego niż morska piana. Jest doktor, który dzięki cudownym pigułkom daje ukochanej (jedynej) lalce Narizinii głos. Jest kuzyn, Piotruś, wielbiciel przygód i cudowny towarzysz zabaw. Jest babcia, pozwalająca wnukom na podróże do krainy baśni, ba – która zgadza się udać się tam wraz z nimi, by porozmawiać z mieszkającym w tej krainie bajkopisarzem La Fontaine. Francuz okazuje się bardzo miłym człowiekiem, co stwierdza nawet przemądrzała lalka Emilia, markiza Kikutkowa… Do dworku pani Benty przybywają na popołudniową herbatkę bajkowe księżniczki, a główni bohaterowie omal nie zostają pożarci przez wielkiego ptaka Roka, którego pisklę wykluwa się na ich oczach.

 

Przygody Narizinii czyli zadartego noskaKsiążka, która była dla mnie źródłem radości, inspiracji do zabaw, zniknęła gdzieś w niepamięci, w drodze do dorosłości. Kilka innych książek przetrwało, a „Przygody Narizinii” były tylko ulotnym wspomnieniem, które czasami dawało o sobie znać… Jaka to była książka, w której część akcji działa się pod wodą, i występował prosiak, i wicehrabia z kukurydzy, i gruba niańka…? Tyle pamiętałam. Łatwo byłoby może scalić te strzępy, gdyby pojawiały się jednocześnie, ale nie – myśl uciekała i puzzle się rozsypywały.

 

M. miał 5 lat i 4 miesiące, gdy Babcia triumfalnie postawiła przede mną karton. – Twoje, może chcesz?

 

Chciałam, oczywiście. A w kartonie czekały na mnie (na nas)  „Przygody Narizinii”. A co z tego wynikło, napiszę w kolejnym wpisie o Narizinii, bo ten jest odrobinę historyczno-nostalgiczny. I niech taki pozostanie.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):

  1. Aleksandra Dobron napisał(a):

    To tez moja ukochana ksiazka 🙂 Strasznie ubolewam, gdyz zagiela kilka lat temu a nigdzie nie mozna jej kupic. Strasznie chcialabym, zeby moje dzieci mogly poznac Narizinie i jej przyjaciol. Ja czesto do niej wracalam, nawet jako 20-to latka. Kocham Narizinie i Malutka Czarownice 🙂

  2. Kamila J. M. napisał(a):

    Mam identyczne odczucia co do tej książki. Tak samo, jak przedmówczyni ubolewam, że zaginęła mi nie wiadomo gdzie. Chyba skuszę się i kupię na Allegro. Byłabym niesamowicie szczęśliwa, gdyby jakieś wydawnictwo chciało ją wydać po raz kolejny.
    Pozdrawiam 🙂