O tym, dlaczego trzecia klasa to otchłań piekielnaniedziela 23.10.2016

Pszczowa, pułtora, nodi i takie tam… Codzienność.

 

 

Rodzice zwykle (nie zawsze, ale zwykle tak) ogromnie lękają się czwartej klasy. Wiadomo – nowe wymagania, nowe przedmioty, nowi (liczni) nauczyciele. Dwóje, ba – jedynki! Realna perspektywa braku promocji do kolejnej klasy. Klasówki, kartkówki i w ogóle…

 

Lękałam się i ja. Zaczęłam już w drugiej klasie, a z każdym tygodniem trzeciej strach narastał. To znaczy – narastałby, gdybym nie była zajęta codzienną walką ze szkolną rzeczywistością M.

 

Bo M., który do pierwszej klasy poszedł jako sześciolatek i radził sobie w niej bardzo dobrze, w drugiej zaczął pokazywać rogi. A w trzeciej zamienił się w małego Lucyferka. Rogi, można powiedzieć, chował tylko wtedy, gdy czegoś bardzo chciał. No i w weekendy, jeśli akurat nie musieliśmy robić niczego, co kojarzyło się ze szkolnymi lekcjami. Bo, dla odmiany, uczestnictwo w dość ambitnym szkolnym projekcie nie było objęte lucyferowatością – M. wykonywał zadania chętnie, ba – z pasją.

 

Natomiast zadania domowe, praca na lekcjach – niech to piekło pochłonie. O zapowiadanych przez panią testach/sprawdzianach dowiadywałam się, gdy były już znane wyniki (nienajlepsze, bo M. się nawet nie pochylał nad książką). Zadania domowe były odrabiane, ale w atmosferze zimnowojennej. Najczęściej pojawiającym się zdaniem było „Nienawidzę szkoły!”…

 

Przyznam, że zaczęłam nienawidzić i ja.

 

I pojawił się we mnie żal (do samej siebie), że posłałam M. do pierwszej klasy rok wcześniej, niż to było konieczne. Utwierdzałam się w przekonaniu, że chyba jednak mieli dużo racji ci, którzy mówili, że sześć lat to za wcześnie.

 

No i znając opowieści strasznej treści o czwartej klasie zaczęłam się zastanawiać, czy M. powinien do niej pójść. Czy nie lepiej byłoby przenieść go do innej szkoły i zostawić w trzeciej klasie. No bo w tej samej szkole to trochę obciach… Z drugiej strony – brak było podstaw. Oceny opisowe, jakie uzyskiwał M., zupełnie nie oddawały ani jego podejścia do szkoły, ani koszmaru domowej pracy nad lekcjami. Były po prostu… dobre. Może nie rewelacyjne, ale na pewno – dobre. Szwankował angielski (brak zaangażowania), częściowo polski. M. robi potworne błędy, napisać „rząkil” to jak splunąć, przy sprawdzaniu zeszytów z polskiego (i nie tylko) czułam i czuję, jak wypadają mi gałki oczne. Ale tam, gdzie nie trzeba pisać – M. błyszczał. Wiersze, opowiadania, wiedza – lepiej niż bardzo dobrze.

 

Zarzuciłam myśl o repetowaniu trzeciej klasy.

 

I nadszedł wrzesień.

 

A z nim – czwórki i piątki. Gdzieś przypałętały się tróje, które M. przeżywał jak fretka poród. I natychmiast poprawiał.

 

– Nie mogę się doczekać mojej pierwszej szóstki! – powtarzał. W październiku pojawiły się i szóstki.

 

– Co trzeba zrobić, żeby dostać świadectwo z wyróżnieniem? – zastanawia się M., a ja przecieram oczy i mózg w bezbrzeżnym zdumieniu. Bo nie, M. nie zaczął lubić szkoły. Ale pojawił się u niego rodzaj szkolnego pragmatyzmu, o który trudno posądzać dziewięciolatka.

 

M. nie gada podczas lekcji, żeby nie załapać uwagi. Większość klasy już takie ma.

 

M. odrabia wszystkie zadania dodatkowe i zbiera plusy, piątki i szóstki „bo mogą mi się przydać do średniej”.

 

Gdy mówię, że średnia nie jest najważniejsza, że ważne jest to, żeby się uczyć, zdobywać nowe wiadomości, M. patrzy na mnie z rodzajem politowania: – To oczywiste, ale gdyby chodziło tylko o wiedzę, można byłoby uczyć się w domu.

 

M. nie jest jedyny. Po prawie dwóch miesiącach całkiem duża grupa rodziców – zwłaszcza rodziców chłopców – twierdzi, że czwarta klasa w porównaniu z trzecią to luz blues. Dzieci chętniej odrabiają lekcje, są bardziej zaangażowane na lekcjach, dużo łatwiej przychodzi im „ogarnianie się”. O ile we wrześniu mógł to być efekt nowości (no i okresu ochronnego, nauczyciele nie stawiali złych stopni), koniec października pozwala stwierdzić, że jest coś na rzeczy.

 

Nie dajcie sobie więc wmówić, że czwarta klasa to piekło, a sześciolatek nie jest gotowy na pierwszą klasę. Kryzys nadchodzi przed czwartą klasą.

 

Dlaczego?

 

Jednym z powodów (to wyłącznie matczyna intuicja i obserwacja) – brak ocen. W szkole M. panuje system znaczków – no, wiecie: chmurki, błyskawice, słoneczka i inne „uje muje dzikie węże”. O ile dla pierwszaków (zwłaszcza sześcioletnich) to jeszcze atrakcja, ośmiolatki są już z tego systemu wyrastają, rzecz jest pewna.

 

Kolejny powód: „łatki”. Ta sama „Pani” – ani uczeń nie jest jej w stanie niczym zaskoczyć, ani ona – jego. Dziecko dostaje łatki: „grzeczny ale nieaktywny”, „dobry z matematyki, kiepski z polskiego”, „nie pisze”, „nie czyta” – i nie ma większych szans na zmianę, na czyste konto. Na reset. Łatki męczą i zniechęcają do wysiłku.

 

Czwarta klasa to nowa szansa, wystarczy ją wykorzystać.

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):