Oni. Gdzie są, mamo?piątek 4.09.2015

Lesbos, lipiec 2015

Raj, co wieczór

 

Miało być o wakacjach. Były w tym roku, dla MamyM. krótkie, ale wspaniałe – tydzień na greckiej wyspie. Wow, że tak się wyrazi MamaM.

 

M. nie wyjmował pupy  z morza (gdy byliśmy na plaży, czyli przez większość dnia poza godzinami słonecznego szczytu).

 

Wyjątkowo spokojne morze, zwykle fale robiły aquapark

Wyjątkowo spokojne morze, zwykle fale robiły aquapark

 

No, ewentualnie budował konstrukcje na brzegu, złorzecząc na Posejdona, który od czasu do czasu posyłał jakąś niedużą falę, żeby zrobiła M. wbrew.

 

Na horyzoncie, za bezludną wysepką - wybrzeże tureckie

Na horyzoncie, za bezludną wysepką – wybrzeże tureckie

 

MamaM. natomiast leżała w tych godzinach na leżaku, piła wodę i frappe. I się napawała. Książkami. Niebem błękitnym. Morzem szmaragdowym. Niedużą liczbą turystów. Gruboziarnistym piachem.

 

Lipiec 2015

W ciągu dnia było niewiele więcej ludzi. Trochę więcej, ale niedużo

 

 

Planami na obiad (tzatziki i dużo oliwy) i kolację (kalmary albo feta saganaki i dużo oliwy, plus białe wino, lampeczka).

 

Bliski zamiennik schabowego. Kalmary tutaj to jak kotlet, no

Bliski zamiennik schabowego. Kalmary tutaj to jak kotlet, no

 

 

Poza plażowymi godzinami – robiliśmy inne rzeczy. MamaM. głównie pracowała (albo spała). M. się bawił (i spał). Było cudownie.

Wyprawa w głąb wyspy – konkretnie do Skamieniałego Lasu, pełnego pni drzew sprzed 20 milionów lat, które wulkaniczny pył zmienił w głazy – okazała się tym, co można uznać za Żniwa Wychowawcze.

 

Skamieniały pień drzewa, jeden z wielu

Skamieniały pień drzewa, jeden z wielu

 

Najpierw pani pilotka, u której kupowała MamaM. wycieczkę, zacukała się przez moment, usiłując sobie przypomnieć, ile kosztuje bilet dla dziecka poniżej 12. Roku życia. – Zasadniczo rodzice nie zabierają takich małych dzieci na dłuższe wycieczki – tłumaczyła. Wycieczka trwała siedem godzin. MamaM. się nie zniechęciła.

 

Pani pilotka mieszka od siedmiu (albo dziewięciu, nie pamiętam) lat na wyspie. Ma ją więc w małym palcu i opowiadała naprawdę ciekawie, i dużo. Ale każdy, kto mówi (w klimatyzowanym pojeździe tym bardziej), musi sobie zrobić przerwę. Przełknąć ślinę, napić się wody. Sprawdzić połączenia w komórce. Pomyśleć, co jeszcze mogłoby zaciekawić uczestników wyprawy.

 

– Czy pani będzie jeszcze mówić? Dlaczego nic nie opowiada? Chcę posłuchać, niech ona jeszcze coś powie – M. włączał się niepokój po mniej więcej 5 sekundach od wyłączenia mikrofonu.

 

Wycieczka udała się nadzwyczajnie.

 

Podobnie jak już zupełnie samodzielna, we dwoje, wyprawa do miasta Molyvos, nad którym wznosi się potężna turecka twierdza.

 

Turecka twierdza pod grecką flagą

Turecka twierdza pod grecką flagą

 

Molyvos słynie z kaskadowych uliczek, setki schodów i schodków prowadzą z miasteczka do zamku.

 

Schody, schody, schody...

Schody, schody, schody…

 

Molyvos to największy na północy ośrodek turystyczny. A w tym roku – również największy port dla uchodźców, głównie z Syrii, Iraku i Afganistanu (tych jest mniejszość), którzy pontonami przepływają przez Morze Egejskie, przez cieśninę tak wąską, że statek turystyczny płynie mniej niż pół godziny.

 

Zobaczyliśmy ich z okien autokaru już w pierwszym dniu wakacji. Szli w przeciwną stronę. My – na północny wschód wyspy, w klimatyzowanym autokarze. Oni – poboczem szosy, na południowy zachód, do stolicy, do Mitilini. Aby dać się zapisać…

 

M., widząc dzieci niesione na rękach przez ojców, na wdechu pytał, czy to oni uciekają przed wojną. Oni, bo jeszcze w Polsce widział w telewizyjnych wiadomościach materiały o uchodźcach.

 

Oni.

 

W Molyvos spotkaliśmy ich na przystanku autobusowym. Grupa, w której było dziesięć dorosłych osób, w tym dwie starsze kobiety, i pięcioro dzieci, w tym jeden niespełna dwuletni chłopczyk, przybiła do brzegu wyspy kilka godzin wcześniej, nad ranem. Przystanek autobusowy zaanektowali na tymczasowy obóz – wiata i pobliskie drzewa dawały trochę cienia. Zbierali siły na kilkadziesiąt kilometrów drogi przez góry.

 

Fot. Help for refugees in Molyvos

65 km. Trzy dni marszu

 

 

Bo jeszcze wtedy obowiązywało prawo, zgodnie z którym do chwili zarejestrowania na policji, nielegalny imigrant nie mógł liczyć na transport. Nie mógł zapłacić w sklepie za wodę, za chleb. Nie mógł nawet skorzystać z toalety czy łazienki. Bo każdy, kto udostępniłby – nawet bezpłatnie – miejsce w samochodzie, łazienkę, kawałek trawnika dla odpoczynku, owoce z drzewa czy kubek wody, każdy Grek, mógł zostać oskarżony o czerpanie korzyści z przemytu ludzi.

 

Gdy byliśmy na Lesbos, turyści – głównie z Wielkiej Brytanii i krajów skandynawskich – już prowadzili akcję pomocy. Poświęcali część swojego urlopu – godzinę, dwie, kilka, żeby zbierać dary, pisać maile do możniejszych tego świata, uderzać do organizacji humanitarnych i redakcji, alarmować opinię publiczną w swoich krajach.

 

Dołożyliśmy swoją cegiełkę, niedużą.

 

Przy okazji rozmawiałam z tymi Syryjczykami spod wiaty autobusowej. Uciekli ze zbombardowanego miasta. Cel? Najchętniej Wielka Brytania, bo Ahmed dziesięć lat wcześniej tam studiował. Chciałby znaleźć pracę w szpitalu. Nie powinien mieć z tym problemu, ale mówił, że weźmie każdą pracę, a na początek mają odłożone pieniądze. Nie uciekali przed biedą, tylko przed bombami. Jego matka, żona i troje małych dzieci potwornie się bały przeprawy przez morze. Ale się udało.

 

Im się udało.

 

Trzyletniemu chłopcu, którego morze wyrzuciło na turecki brzeg, nie.

 

dziennik.pl

 

M., oglądając wczoraj „Fakty”, powiedział: – Chciałbym wiedzieć, gdzie oni teraz są. Ci, których spotkaliśmy na wakacjach. Gdzie oni są, mamo?

 

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):

  1. Kornel napisał(a):

    Czy chłopiec ten(wyrzucony na plażę), naprawdę został przeniesiony przez fotoreporterów dla zwiększenia „dramaturgii”?

    http://fragmentksiazki.pl/

  2. Joanna J napisał(a):

    Nie ma co komentować, ładny, mądry wpis.