Pan Popper i jego pingwinywtorek 23.04.2013

Pan Popper i jego pingwiny

 

Gdy M. skończył cztery lata, moja serdeczna przyjaciółka, matka dorosłych już dzieci, westchnęła głęboko:

 

– Ale ci zazdroszczę. Przed tobą tak z pięć lat czytania najlepszych książek…

 

„Przesadza” – pomyślałam. Błąd. Nie przesadzała.

 

Bo choć i wcześniej zdarzały się prawdziwe perełki (choćby seria o świstaku Gwizdku Barbary Gawryluk), to właśnie od czwartych urodzin zaczęliśmy maraton lektur, od których trudno się oderwać. Czułam się przygotowana. Miałam w zapasie tytuły, które znałam i lubiłam. Książki dla dzieci: o Baltazarze Gąbce, Kubuś Puchatek, Mikołajek. Zaopatrzyłam naszą biblioteczkę w Kacperiadę, no i zaczęłam śledzić wydawnicze nowości. Ze „staroci” w planach majaczył „Mały lord”, a w jeszcze dalszych „Paziowie króla Zygmunta”.

 

MamaM., mól książkowy, molica – okazała się całkowitą ignorantką. Oślicą.

 

O tylu fantastycznych książkach dla dzieci nie miałam zielonego pojęcia! „Pan Popper i jego pingwiny” to jeden z najlepszych przykładów nie tylko ignorancji, ale i arogancji. Obejrzawszy jakiś czas temu (w kinie) zwiastun filmu pod tym samym tytułem, skreśliłam książkę, nie rzuciwszy nawet okiem na recenzje. Błąd, błąd, błąd.

 

Pan Popper i jego pingwiny

A było to tak. Po świętach wielkanocnych M. codziennie, podczas spaceru z przedszkola, nawijał o kapitanie Kuku. Kapitan Kuk to, kapitan Kuk tamto, czytaliśmy na zerówce o kapitanie Kuku… Nie, żebym całkiem nie wykazywała zainteresowania, ale jednym uchem wpadało, drugim wypadało. Bywa. Ale jak M. zaczął opowiadać o malarzu pokojowym, moje szare komórki ruszyły z miejsca. Skojarzyłam. Wyguglałam. Kapitan Cook to pingwin z opowieści o panu Popperze! A książka, klasyka literatury dziecięcej pióra Richarda i Florence Atwater,  jest odległa od filmu o lata świetlne. I w dodatku wydana została w serii „Mistrzowie ilustracji”, przez Wydawnictwo „Dwie siostry”…. Z ilustracjami niezapomnianego Zbigniewa Lengrena. Tak, jednego wieczoru tyyyyyle odkryć.

 

Rano byłam gotowa do rozmowy z M. o kapitanie Cooku i czytanej w przedszkolu książce. Chętnie podjął temat. Ale zaraz zasugerował:

 

– A może kupisz? Moglibyśmy sobie rozmawiać o pingwinach, a nie tylko ja bym opowiadał…

 

„Rozmawiać o książce” – to muzyka dla duszy matki. I co? Kupiłam, oczywiście. A dziś, pod nieobecność M., z okazji Światowego Dnia Książki (każdy pretekst jest dobry) czytam ją sobie z dużą radością.

 

Gdy M. wróci, będziemy mogli rozmawiać o pingwinach i o tym, jak spełniły się marzenia malarza pokojowego, pana Poppera. I o tym, że warto mieć marzenia, bo nawet te zupełnie nierealne potrafią odmienić życie. Tematów do rozmów będzie dużo, bo książka jest ciepła, mądra, ciekawa – choć odrobinę (maleńką, maciupeńką) staroświecka.

 

Tylko najpierw będziemy musieli  „Pana Poppera” wspólnie przeczytać, bo przez tydzień nieobecności w przedszkolu M. będzie miał zaległości w lekturze. Ale przecież o to chodzi: czytamy i rozmawiamy!

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):

  1. Olga napisał(a):

    Popieram, teraz jest czas na najlepsze książki 🙂 A Pan Popper już kilka razy przeczytany. My wprawdzie mamy z serii „Cała Polska czyta dzieciom”, kupowałam wszystkie (których nie miałam z mojego dzieciństwa) jak córka miała mniej niż roczek. A w serii Mistrzowie Ilustracji jest jeszcze kilka super pozycji – szczególnie polecam „Babcię na jabłoni”

    • Mama M napisał(a):

      U nas jeszcze w kolejce czeka „Michałek z pudełka od zapałek” – jakiś czas temu zaczęty, ale odłożony z powodu obiektywnych trudności w percepcji tekstu, czteroletni M. nie wchłonął 🙂