Porozmawiajmy o wojniepiątek 7.03.2014

Był rok 2002, gdy MamieM. po raz ostatni (przynajmniej do tej pory) wyśnił się koszmar z dzieciństwa – niemieckie czołgi na ulicach rodzinnego miasta, dymy płonących dachów, huczące dookoła bomby. Tak, MamaM., urodzona w dniach grudniowej masakry na ulicach Gdańska i Gdyni, od maleńkości przesiąkła tematami wojennymi. Nikt MamyM. we wczesnym dzieciństwie co prawda nie karmił opowieściami o okropieństwach wojny, ale też MamaM. nie należała do dzieci niesłyszących, co się wokół mówi. Ziarnko do ziarnka…

 

A potem przyszła szkoła, a w niej – apele z okazji 1 września, a potem rocznica bitwy pod Lenino, kwiecień miesiącem pamięci narodowej, Dzień Wyzwolenia Warszawy – cóż z tego, że leżącej w gruzach – a potem Dzień Wyzwolenia Krakowa (manewr Koniewa MamaM. znała na pamięć mając 9 lat), Dzień Zwycięstwa, a po drodze – obozy koncentracyjne, partyzantka ludowa.

 

Gdy nastała „Solidarność” (a MamaM. była w piątej klasie) okazało się, że dat i wydarzeń wojennych jest do zapamiętania i przeżycia jeszcze więcej – bo i 17 września 39, i powstanie Armii Krajowej, i Bitwa o Monte Cassino (niechętnie wspominana wcześniej, a już na pewno nie fetowana), i Bitwa o Anglię, a także łagry, Jałta i Powstanie Warszawskie (opisywane wówczas jako zryw harcerzy z Szarych Szeregów, taki mieliśmy klimat). Dużo jak na głowę dziecka, prawda?

 

Wtedy zaczęły się koszmary – wojna śniła się MamieM. z przerażającą regularnością. Nie pomagały lekcje przysposobienia obronnego, w czasie których ćwiczyliśmy zakładanie zepsutych masek gazowych, uczyliśmy się o rodzajach broni masowego rażenia i próbowaliśmy ustalić (to już nie w ramach lekcji oczywiście) czy w okolicy jest jakikolwiek schron, taki jaki znaliśmy z podręcznika do PO (zbieżność skrótu z nazwą rządzącej partii całkowicie przypadkowa). Tylko raz zapytaliśmy o to nauczyciela: – Rozmieszczenie schronów jest informacją tajną – odpowiedział, patrząc na nas jak na potencjalnych szpiegów CIA. Nie uspokoiło nas to, sami rozumiecie.

 

—-

 

Od dwunastu lat MamieM. wojna się nie śniła. W międzyczasie MamaM. została mamą M. i jedną z rzeczy, za które codziennie dziękowała Bogu, losowi i ludziom dobrej woli było to, że M. nie będzie musiał dorastać obciążony dziedzictwem wojny. Że zimna wojna już nie straszy, a dzieci uczy się historii a nie zmusza do przeżywania wojennych okropności w imię utrwalania podziału świata. Że M. ze straszliwym dziedzictwem II wojny światowej i jej następstw zetknie się wtedy, gdy przyjdzie czas.

 

Że dane jej było urodzić dziecko w czasie, gdy pokój jest niezagrożony.

 

Że M. będzie dorastać w wolnym, bezpiecznym kraju.

 

—-

 

– Mamo, kto to są ruscy? – zapytał wczoraj znienacka M.

Może nie znienacka. Może to tylko MamieM. się wydawało, że pilnując żelaznej zasady izolowania M. od programów informacyjnych (od zawsze) zapewnia dziecku błogą nieświadomość tego, że bezpieczeństwo naszego kraju uległo z tygodnia na tydzień znacznej dewaluacji.

– Ruscy? – zapytałam, chcąc zyskać na czasie (choć kilka sekund).

– Oni grożą wojną, Piotrek tak powiedział – naprowadził mnie na trop M., z wyraźnym oczekiwaniem w oczach, żebym coś o tej wojnie powiedziała.

 

Co odpowiedzieć? Jak wyjaśnić sześciolatkowi złożoność sytuacji na Ukrainie i położenia geopolitycznego Polski? Jak uspokoić potencjalny niepokój (chyba jeszcze nieobecny, bo przecież wojna to kompletna abstrakcja) lub zaspokoić ciekawość, czy „ruscy” mogą rzeczywiście zacząć wojnę i co to znaczy wojna (znana do tej pory wyłącznie w wersji Star Wars Lego).

– Rosjanie, nie ruscy. Rząd Rosji chce zająć część sąsiedniego kraju, Ukrainy. Uważa, że ma do tego prawo, bo w tej części większość ludzi mówi po rosyjsku i uważa się za Rosjan. Świat się na to nie zgadza i ostrzega Rosję, że to jest złe i że zostanie za to ukarana – staram się dobierać słowa ostrożnie.

– Aha. Rosja to rabuś. A rabusia wsadza się do więzienia – kwituje M., bardzo wyczulony na kwestie praworządności i własności.

 

A MamaM. intensywnie myśli, jak dziecko przygotować na zagrożenie. Jak przestawić swoje myślenie, że tutaj nic nigdy złego się nie może już wydarzyć. Jak – nie wywołując lęków – zacząć rozmawiać o tym, że świat nie wymyślił jeszcze więzienia dla krajów-rabusiów i można ich tylko starać się odpędzać grubym kijem od własnych drzwi. Po jakie książki, po jakie opowieści sięgnąć, żeby nie przerazić a nauczyć.

 

Tematu wojny oswoić się nie da. Wojna nie jest dla dzieci. Ale wieczny pokój okazuje się być mitem, ułudą, niespełnioną obietnicą. A kłamać dzieciom też nie wolno.

 

http://kiev.vgorode.ua/news/212594/?003 – zdjęcie wykonane 10 grudnia 2013 roku w Kijowie

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):

  1. Alicja napisał(a):

    Mamo M ! Niedawno sama stanęłam przed tym, jak swojej najstarszej 6-letniej Kropeczce wyjaśnić sytuację na Ukrainie. Podobnie,jak Ty jestem naznaczona wszelkimi wojennymi tematami. Urodziny mam 1.08, a w rodzinie temat wojny powraca jak bumerang przy każdej możliwej okazji…..Sama jestem mamą 3 Kropeczek i starałam się do tej pory, naprawdę się starałam chronić je przed „złym światem”. Ale moja najstarsza Kropeczka od września jest w szkole i tematów trudnych, wydaje mi się, że wciąż nieodpowiednich do tego wieku, jest mnóstwo. Może to błąd, że tak zawzięcie broniłam swoje Kropeczki przed tymi informacjami….teraz trzeba to naprawić….
    Pobiegłam zatem do księgarni i wymiotłam z półek wszystko, co wydało mi się odpowiednie na początek….
    1. „Opowieść o Generale Tomaszku, który nie chciał pójść na wojnę”
    Isy Tutino Vercelloni to wierszowana historia napisana dla dzieci po to, aby nigdy więcej nie było na świecie wojny.

    2.”Zaklęcie na „w” – Michał Rusinek z ilustracjami Siostry, duże litery do samodzielnego czytania

    3. „Wszystkie moje mamy ” Renata Piątkowska – to zostawiłam na później, za wcześniej jeszcze na temat Holokaustu, ale książka wspaniała…płakałam jak bóbr

    4. „Arka czasu czyli wielka ucieczka od kiedyś przez wtedy do teraz i wstecz” Marcin Szczygielski , znowu temat na później, ale przeczytałam jednym tchem

    5. „Wojna na Pięknym Brzegu” Andrzej Marek Grabowski i ilustracje Joanny Rusinek
    kupiłam bardziej dla siebie, chociaż postawiłam na półce w biblioteczce Kropeczek
    piękna, prawdziwa historia dziewczynki i jej zmagań w czasie wojny

    Pierwszą rozmowę mamy za sobą – było ciężko, bo dzieciaki są bardzo dociekliwe i nie odpuszczają, ale muszę dać radę…

    pozdrawiam Alicja

    • Mama M napisał(a):

      A ja się bronię przed wprowadzaniem książek „wojennych” w tym momencie, żeby nie utrwalać skojarzeń i nie wprowadzać (nie potęgować) lęków w wyobraźni. Choć właśnie dziś opublikuję wpis z książką jak najbardziej o tematyce wojennej, no taki paradoks 🙂

      Rzeczywiście jednak temat wojny jest obecny praktycznie codziennie – M. nawiązuje non stop. Wczoraj stwierdził np., że nie cierpi żołnierzy rosyjskich, bo Ukraina to nasi przyjaciele i czy my będziemy ich bronić, bo przyjaciołom trzeba pomagać. To jest wyzwanie, nie da się ukryć.