Rzym z dzieckiem, cd. KONIECśroda 14.12.2016

Dzień drugi kończymy wieczornym rzutem oka na Bazylikę św. Piotra, a dzień trzeci – środa! – zaczynamy od podejścia na Plac Świętego Piotra. Nie, nie na audiencję generalną, MamaM. nie chce męczyć dziecka za bardzo, ale być w Rzymie i nie widzieć Papieża? Niepodobna, a że jest okazja i mieszkamy TAK blisko… Idziemy i zza barierek widzimy biały punkcik – papamobile z Franciszkiem daleko od nas przejeżdża przez niezbyt duży tłum pielgrzymów. M. się cieszy. – Widzę papieża, widzę na żywo!

 

20160203_094340

Tam, hen, pod samymi schodami do Bazyliki jest tłum pielgrzymów (nie widać tłumu) i maleńki biały punkcik. Naprawdę Go widzieliśmy.

 

Papież zobaczony, pora na poranną porcję lodów, dzień jest ciepły choć pochmurny, po lazurowym niebie z wtorku nie zostało nawet wspomnienie.

 

Plan mamy ambitny.

 

Po pierwsze, Bazylika św. Jana na Lateranie. Matka. Dokładnie: Matka i Głowa Wszystkich Kościołów Miasta i Świata. Miejsce, gdzie MamaM. będąc w Rzymie poprzednio nie dotarła i widziała Lateran tylko z daleka. Chcę tam być!

 

Ponieważ wiadomo, że w ciągu dwóch dni będziemy dużo jeździć po mieście, zaopatrujemy się w 48-godzinny bilet dla MamyM. I przystępujemy do intensywnej amortyzacji.

 

Ale najpierw Lateran. Zanim przejdziemy przez olbrzymie Drzwi Miłosierdzia, musimy przejść kontrolę – niemniej drobiazgową, niż na Placu św. Piotra.

 

Sama bazylika – olbrzymia. Ponieważ turystów jest znacznie mniej niż w Bazylice św. Piotra, jeszcze bardziej można poczuć to „coś”. Nie skupiać się wyłącznie na rzeźbach, dziełach sztuki, architekturze. Jesteśmy na Lateranie, pierwszej siedzibie papieży (od 313 roku).

 

20160203_113109

 

Chodzimy po bazylice, znów zadzierając głowy do góry, nagle stajemy przed jedną z bocznych kaplic. Szopka. Ale taka maleńka? Zwyczajna? Podchodzimy bliżej, czytamy, że to dar od Franciszka. Bazylika jest katedrą Biskupa Rzymu. Ten skromny biskup w czarnych butach, tachający do samolotu swoją czarną aktówkę, podarował swojej katedrze szopkę – prostą, zwyczajną… skromną.

 

20160203_112357

Szopka od Franciszka

 

20160201_133304

Szopki w rzymskich kościołach często są niewielkie – tu akurat szopka podświetlona, z ruchomymi elementami, ale mikra bardzo, kudy jej do najlepszych szopek w Krakowie czy Wrocławiu

 

Czy MamaM. wspominała już, że uwielbia Franciszka?

 

Po odwiedzinach na Lateranie wsiadamy w tramwaj, który zawiezie nas pod piramidę. Prawdziwą piramidę, Piramidę Cestiusza, z 12 roku p.n.e. M. jest zachwycony, zwłaszcza że do piramidy jedziemy obok Koloseum, nowoczesny tramwaj pasuje do tych klimatów jak pięść do nosa, albo różowe gacie na sznurku do starożytnego Teatru Marcellusa, no nie?

 

Piramida piramidą, a nas gnębi głód i pragnienie powrotu na szlaki położone bliżej centrum (piramida jest poza nim, ale zwłaszcza z dzieckiem warto się pofatygować). Przemieszczamy się komunikacją miejską w okolice Piazza del Popolo, placu na którym przez wieki dokonywano publicznych egzekucji – ostatnia miała miejsce w XIX wieku. Przy samym placu stoją trzy kościoły, w tym dwa bliźniacze. Wszystkie poświęcone Matce Boskiej. A mówi się, że to polski katolicyzm ma charakter maryjny…

 

Chwilę, dłuższą, błądzimy po ulicach, za azymut mając Schody Hiszpańskie i… tak, oczywiście – Pompi! Zjedzone „na wynos” kluski (genialne) poprawiamy pysznym tiramisu. I wracamy do siebie, bo na wieczorne popołudnie zaplanowany jest dalszy ciąg zwiedzania, czyli…

 

Fontanna di Trevi.

 

20160203_182609

 

Jest piękny, ciepły – kilkanaście stopni na plusie – wieczór. A fontanna, podświetlona, niemal biała, pełna szmaragdowej wody, działa jak magnes. – Nie chodźmy jeszcze – prosi M., ignorując tłok i zgiełk.

 

20160203_182812

M. wrzuca centy do fontanny, chcemy tu wrócić. Podobno w ciągu roku władze miasta wyławiają z di Trevi kilkaset tysięcy euro…

 

 

Najbardziej przeszkadzają naciągacze, oferujący kijki to telefonów. „Selpi! Selpi! Selpi!” Drażniąco to brzmi, przyznaję, nawet jeśli MamaM. wie, że dla nielegalnych imigrantów wciskanie badziewia to jedyna forma zarobku.

 

No i trzeba uważać na kieszonkowców. W Rzymie (i pewnie w każdym innym wielkim, turystycznym mieście, lepiej nie nosić portfela i dokumentów w tylnej kieszeni spodni, a torebkę warto trzymać przed sobą, koniecznie zapiętą. Pamiętam o tych podstawach bezpieczeństwa, jak się okaże jakiś czas później – ostrzeżenia nie są wcale na wyrost.

 

Wieczór z Fontanną di Trevi w roli głównej kończymy w uroczej rzymskiej trattorii niedaleko naszej miejscówki. Jest nastrojowo i naprawdę pysznie.

 

A kolejny, przedostatni już dzień… Cóż, zaczynamy znów w Watykanie. I znów stoimy przed bramkami bezpieczeństwa, bo chcemy wejść do Bazyliki. Za pierwszym razem nie udało się nam podejść blisko grobu św. Jana Pawła II, trwały jakieś drobne prace w nawie bocznej kościoła. MamieM. udało się jednak ustalić, że do środy na pewno się skończą. I rzeczywiście – w czwartek po rusztowaniach i barierkach nie było już śladu.

 

20160204_102953

„Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie i za to wam dziękuję”

 

 

20160204_101539

Środa pochmurna – w czwartek znów lazurowe niebo nad Placem św. Piotra

 

Piękna chwila. Dwie. Trzy. – Już chodźmy – szepcze M. – Trzeba kupić znaczki, wysłać kartki – przypomina.

 

Bo MamaM. jest słynną wysyłaczką kartek pocztowych i gnębicielką syna w tym temacie. Czego się M. nie nauczy, tego M. nie będzie umiał… Kartki wysłać mus, a jeśli z Rzymu – to tylko z Watykanu. Poczta Watykańska działa, w przeciwieństwie do włoskiej, niezawodnie. Znaczki można kupić w urzędzie pocztowym przy Placu Świętego Piotra. Kupujemy i my, naklejamy na wypisane już kartki i oczywiście wrzucamy do skrzynki w Watykanie.

 

A potem – ruszamy na przejażdżkę rzymskimi tramwajami (amortyzujemy wydatek na bilet okresowy) i autobusami, wszystko po to by wrócić w okolice Dworca Termini, zjeść całkiem niezłą pizzę i udać się na dalszą eksplorację systemu komunikacji miejskiej, zakończoną przejażdżką linią metra C – najnowocześniejszą, podobno, w Europie. Bezzałogową. I całkowicie, niemal, pustą – bo linia C na razie nie przecina się ze starszymi siostrami A i B. Ale to ma się wkrótce zmienić, bo prace trwają już na odcinku między San Giovanno (linia A) a Colosseo (linia B).

 

Wracamy „do nas”, ale tylko na chwilę. Mamy jeszcze coś ważnego do zobaczenia, do przeżycia… Jedziemy do Koloseum – a raczej pod Koloseum. Widziane wieczorem robi jeszcze większe wrażenie. Pięknie jest.

 

20160204_183003

Ta kolejka pod Koloseum to nie do zwiedzania. To przystanek autobusowy…

 

 

Ostatni dzień, piątek. Samolot mamy niezbyt późnym popołudniem, pensjonat musimy opuścić około 11.00 – jest więc czas na ostatnią przebieżkę po okolicy. Wcześniej jednak wysłuchujemy mrożącej krew w żyłach opowieści naszej sąsiadki z apartamentu, którą w metrze „skrojono” z portfela, w którym miała: paszport, dowód osobisty (!), karty kredytowe i gotówkę. Zaprawdę, powiadam wam – naprawdę, naprawdę nie warto trzymać wszystkich najcenniejszych (z punktu widzenia pragmatyki) rzeczy w jednym portfelu, nawet jeśli się go strzeże jak oka w głowie. A sąsiadka nie strzegła, bo przyznała, że po zakupie biletów na metro portfel wsadziła po prostu do kieszeni kurtki.

 

No cóż. MamaM. obiecała, że będzie trzymać kciuki, by w konsulacie udało się załatwić formalności wyjazdowe, westchnęła głęboko w duchu trzy razy i wróciła z piekła (nerwy, nerwy) na ziemię.

 

20160205_101217

Żegnamy się z Watykanem, po sąsiedzku – mury Watykanu mijaliśmy codziennie, kilka razy dziennie

 

 

Ostatnie lody w ulubionej lodziarni, ostatni rzut oka na wystawy sklepowe (te sery, szynki parmeńskie, stosy mandarynek)… Nie udaje się nam kupić bułeczek na drogę w ulubionej piekarni – kolejka lokalsów odstrasza. Szkoda. – Może tu jeszcze kiedyś wrócimy – pociesza M.

 

Dworzec Termini. Ekspres Leonardo na lotnisko. Hala odlotów. Samolot.

 

Wszędzie dobrze, w domu najlepiej? Pewnie tak, ale Rzym wspominamy do dziś i pewnie jeszcze długo będziemy wspominać.

 

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):