Rzym z dzieckiem. Dzień 1 i 2. Centrum i Koloseumczwartek 1.12.2016

 

 

20160201_105448

- Ciekawe, co M. zapamiętał z Rzymu – myśli MamaM., przygotowując wpis na temat zwiedzania Wiecznego Miasta po naprawdę długim czasie od powrotu. Matczyna intuicja, ćwiczona przez dziewięć już lat, i tym razem nie zawiodła. – Lody! Pizza! Tiramisu! – wyrzuca z siebie dziecko w kolejności absolutnie nieprzypadkowej.

 

- A poza tym? – drąży MamaM.

 

Poza tym: Koloseum. Dziurę w ścianie. I dziurę w suficie w takim okrąglaku. Metro bezzałogowe. Żołnierzy wszędzie. Plac świętego Piotra. Fontannę… – Tę, wiesz którą! (Czyli di Trevi). Mieszkania w teatrze albo cyrku. Zamek świętego Anioła i Watykan nocą… – A, i ten spacer, który trwał cały dzień a potem nie mogłaś się ruszać.

 

Czyli – niemało. Naprawdę, niemało. Ale po kolei.

 

W Rzymie lądujemy w zimowe, niedzielne popołudnie. Jest jakieś +15 stopni, pochmurno. Wiosennie, jak na przybyszów z Północy. Wczesnym wieczorem po rozlokowaniu się na kwaterze idziemy na pierwszą kolację do Habemus Pizza! I wieczorne Watykanu oglądanie, czyli zaglądanie na Plac św. Piotra przez barierki. Z myślą: – Wrócimy rano.

 

20160204_101539

W niedzielę było pochmurno, w poniedziałek – niebo lazurowe. Człowiek stałby i się gapił, chłonął tę niebieskość i słoneczność w nieskończoność

 

 

I wracamy. Rzym poza sezonem oznacza krótsze kolejki, ale kilka, może dziesięć minut trzeba odstać do bramek bezpieczeństwa, zanim przekroczy się drzwi Bazyliki św. Piotra. W naszym przypadku są to Drzwi Miłosierdzia. M. jest przejęty, a MamaM. – po stokroć. Wraca przecież do miejsca, w którym – jest tego pewna – spotkała ją za sprawą św. Jana Pawła II, wówczas jeszcze nawet nie błogosławionego – ogromna łaska. Wtedy, dziesięć lat wcześniej bez mała, MamaM. stała przed grobem JPII w podziemiach bazyliki. Wzruszona i poruszona. W lutym 2016 roku – stoi przed ołtarzem w bocznej kaplicy, gdzie po wyniesieniu na ołtarze spoczywa trumna „naszego” Papieża. Wszyscy są nasi. MamaM. ceniła i szanowała Benedykta XVI, uwielbia Franciszka… Ale JPII to Karol Wojtyła, nasz krakowski Papież. Lolek. Święty Jan Paweł II.

 

20160201_100139

Niech ogrom Bazyliki św. Piotra nie przesłania szczegółów. M. z upodobaniem tropił gołębice i „tłuste aniołki”

 

 

Bazylika świętego Piotra na M. wywiera ogromne wrażenie. – O wiele większa od naszego kościoła – wzdycha, zadzierając głowę do góry tak, że boli go kark. Nie jest to specjalnie trudne – „nasz” zdecydowanie należy do tych mniejszych.

 

Podziwianie renesansowej budowli to jedno. Świadomość, że w tym właśnie miejscu zaczęło się – w Europie – chrześcijaństwo, że w sposób dosłowny stoimy na kamieniu, na którym Jezus zbudował swój Kościół – drugie. Zresztą jedno z drugim niezwykle ciężko połączyć. Historię pierwszych chrześcijan, świętego Piotra, prześladowań – z przepychem papieskich dworów kilkanaście wieków później. Skupiamy się więc na tym, co ważniejsze. Tam to nie jest trudne. Wiele osób, które określają się jako szukające czy wątpiące przyznaje, że gdy człowiek stoi w pobliżu Grobu świętego Piotra, wątpliwości gdzieś znikają. Tak jakby po nitce dochodziło się do wyjścia z labiryntu zwątpienia…

 

M., co ważne, w maju przystąpi do Pierwszej Komunii Świętej. Wyprawa do Rzymu, oprócz wymiaru czysto hedonistycznego, ma więc też aspekt edukacyjno-duchowy. Taki przyspieszony kurs religii.

 

20160201_101821

Szopka na Placu św. Piotra. Jeden ze znaków obecności JPII, który polecił ją co roku ustawiać.

 

Jak na pierwszy dzień edukacji religijnej jest aż nadto. Dziarsko przekraczamy więc granicę państwową między Watykanem a Rzymem i ruszamy na podbój miasta. Uzbrojeni w plan. Poniedziałek to dzień pieszego zwiedzania centrum Rzymu.

 

Zamek Świętego Anioła podziwiamy tylko z zewnątrz. MamaM. nie ma przekonania, że wywożąc dziecko nawet do najbardziej zabytkowego z zabytkowych miast, trzeba mu pokazać wszystko. Nie. Woli zaciekawić, niż zamęczyć. Przez most przechodzimy na drugą stronę Tybru. Zaułkami, uliczkami kluczymy – w kierunku Piazza Navona. Gdyby MamaM. włączyła jakąś sprytną aplikację zapisującą trasę, wyszłyby z tego niezłe esy-floresy.

 

20160201_110031

Kluczenie po zaułkach obfituje w perełki. Sklep z artykułami dla zwierząt to, czy ekskluzywny butik?

 

Nic dziwnego, że zaczynają nas boleć nogi a M. coraz głośniej domaga się jedzenia. Zmieniamy plany, najpierw idziemy na Campo di Fiori. Na pizzę w kawałkach (ach, jaka dobra) i lody.

 

Campo di Fiori – TT. Targ i turyści (choć nie jesteśmy w sezonie). Wrócimy tu jeszcze, na razie pod pomnikiem Giordano Bruno zajadamy się pizzą i rozmawiamy o człowieku, który wolał umrzeć, niż wyrzec się prawdy.

- Dobrze zrobił? – pyta MamaM.

- Dobrze. Zrobił to, żeby inni ludzie nie tkwili w nieprawdzie – odpowiada M. zaskakująco dojrzale.

 

Kłaniamy się męczennikowi nauki i zmierzamy w kierunku Piazza Navona. Ten plac to miejsce, z którego MamaM. mogłaby się nie ruszać. Serce papieskiego Wiecznego Miasta, pokazuje to, co w baroku było najpiękniejszego – rzeźby. Oszałamiająca Fontanna Czterech Rzek, która została wzniesiona w latach 1650-51 na polecenie papieża Innocentego X. Zaprojektował ją najsławniejszy architekt baroku, Bernini.

 

20160201_122618

Wszędzie wojsko. Europa boi się terroru

 

Przed barokowym kościołem świętej Agnieszki jeden z wielu wojskowych jeepów jakie widzieliśmy i zobaczymy w Wiecznym Mieście, żołnierz i żołnierka z długą bronią. Takie patrole stoją przy wszystkich głównych atrakcjach turystycznych, w najważniejszych punktach miasta, przy każdej stacji metra, dworce są obstawione wojskiem. Dziwne, wcale od tego widoku nie czuję się bezpieczniej. Choć prawdopodobnie bezpieczniej rzeczywiście jest.

 

Z Piazza Navona tupiemy do Panteonu – to całkiem blisko. Za zwiedzanie Panteonu nie płaci się ani centa. M. przejęty jak osiem wydaje się wstrzymywać oddech gdy mówię, że w miejscu, gdzie siedzi, być może stał jakiś cesarz rzymski. I że Panteon ma dwa tysiące, bez mała, lat. Wspaniała kopuła „z dziurą w środku”, jak precyzuje M. ma w sobie jakąś magiczną moc. Nie chce nam się wychodzić, siedzimy i gapimy się a to w niebo, a to na zwiedzających.

 

W końcu ruszamy. Kierunek: Fontanna di Trevi. – Macie szczęście, akurat została odsłonięta. Jest pięknie odnowiona – zachęcał nas gospodarz. Nie musiał. To było jedno z marzeń MamyM. – pokazać M. fontannę w dzień i wieczorem.

 

Przy fontannie – szaleństwo, jakby pół świata zjechało do Rzymu, nie zważając, że jest POZA SEZONEM. Rzucamy okiem i zbieramy się w szybkim tempie, obiecując sobie powrót po zmroku. Niekoniecznie w ten sam dzień oczywiście.

 

Mamy już kolejny cel – Schody Hiszpańskie. Te akurat są w remoncie, ale my wiemy, po co idziemy! A idziemy na tiramisu, najlepsze w mieście – do Pompi. Po drodze zaczynamy jednak wysiadać, dosłownie. MamaM. orientuje się, że wyszliśmy z pensjonatu przed 9.00, a jest już mocno po 15.00 – sześć godzin tupania po rzymskim bruku, a tu jeszcze Schody i tiramisu… M. pojękuje po cichutku, ale co nas nie zabije to nas wzmocni.

 

Docieramy. Schody Hiszpańskie (MamaM. uwielbia!) rzeczywiście zasłonięte. Szkoda. Ale tiramisu jest niezwykle skutecznym pocieszycielem.

 

20160203_140049~2

Lubimy TO!

 

Wsiadamy do metra. Kilka stacji – i jesteśmy „w domu”. MamaM. nie ma siły ruszać ręką ani nogą, jest skonana! W dodatku buty, które w Polsce wydawały się wygodne, obtarły MamieM. pięty! M. żąda telewizji – akurat na jednym z dostępnych kanałów leci „Masza i niedźwiedź”. Leżymy na łóżku i zaśmiewamy się do łez.

 

A wieczorem idziemy na kolację. Na pizzę.

 

Kolejny dzień – Koloseum. Oczywiście na początek.

 

Jedziemy metrem, z przesiadką. Wysiadamy… MamaM. doskonale pamięta to zatykające dech w piersiach uczucie – wychodzisz z metra i bach! Koloseum! M. jest oczarowany. MamaM. mniej, bo widzi Kolejkę. Tak na pół godziny stania, mniej więcej.

 

20160202_111558

Przy Koloseum stoi budka z wodą. W Rzymie są setki punktów, w których można napełnić butelkę (lub kubek) czystą, pyszną wodą. Oczywiście – za darmo.

 

Można bez kolejki. Wystarczy kupić RomaPass – kartę turystyczną (są dwie wersje – 48 i 76 godzinna). W pakiecie ma się bilety wstępu do jednego lub dwóch głównych muzeów państwowych  Rzymu (np. Koloseum), karta obejmuje również przejazdy komunikacją miejską i NAPRAWDĘ się przydaje przy intensywnym zwiedzaniu miasta. Uwaga – Muzea Watykańskie nie są objęte tą kartą! Dodatkowym bonusem jest to, że nie trzeba stać w kolejkach po bilety – dla posiadaczy RomaPass są osobne wejścia – na przykład w Koloseum. MamaM. się nie zdecydowała, bo zwiedzanie nie miało być aż tak intensywne. I zwyczajnie, szkoda jej było pieniędzy.

 

Odstaliśmy, kupiliśmy, weszliśmy. I przepadliśmy.

 

20160202_114900_HDR

Koloseum nie jest miejscem, w którym człowieki narzekają na brak innych człowieków. Nawet poza sezonem.

 

M. chce oglądać każdy kamień. Uważnie słucha opowieści o igrzyskach Rzymian, o walkach gladiatorów (dopasowane do wieku, MamaM. nie epatuje krwią i okrucieństwem), również o męczeństwie chrześcijan. Chodzimy to tu, to tam – by w końcu odkryć windę, którą po prostu mus był się przejechać, mimo ogólnej sprawności.

 

Po Koloseum czas na Forum Romanum, ale to dość pobieżnie, tyle tylko by pokazać M., że to miasto naprawdę żyło w czasach Asterixa i Obelixa, hmmmm… Oglądamy sklepy i domy, a raczej to, co z nich zostało. Będzie jeszcze dziś lepsza okazja, żeby zobaczyć, dotknąć niemal „wieczności” Rzymu.

 

Po drodze, skuszeni ulotką, w jakimś zaułku, w dość przeciętnie wyglądającym barze, jemy najlepszą lazanię świata ever (a może po prostu byliśmy tak głodni, to też jest możliwe) i pędzimy w kierunku Maszyny do pisania, czyli Ołtarza Ojczyzny. No dobrze, to jest złośliwe… Ale MamaM. wybitnie nie lubi tego miejsca. A poza tym jest brzydkie!

 

I tupiemy dalej.

 

20160202_144540_HDR

Po lewej kawałek Teatru Marcellusa – jedno z naszych największych objawień. Zdjęcie z gaciami w oknie się nie zachowało, ale szyby widać!

 

Przechodzimy obok Teatru Marcellusa, wzniesionego w I wieku przed naszą erą. Miejsce wybrał Juliusz Cezar, budowę rozpoczęto podczas jego panowania, ale zabójstwo Cezara przerwało prace, które kontynuował Oktawian August. Teatr mógł pomieścić szacunkowo około 13 tysięcy widzów. Został zniszczony pod koniec epoki starożytnej, przez kilka wieku stał zrujnowany, a potem – w średniowieczu – stał się częścią najpierw twierdzy a potem pałacu należącego do kilku znakomitych rzymskich rodów: Fabii, Pierleoni, a następnie Savelli. Dwukondygnacyjny fragment ściany widowni w XVI wieku został wkomponowany w gmach Pałacu Savellich.

 

20160202_163819

Takie tam mieszkanka w centrum Rzymu

 

Od średniowiecza pomiędzy starożytnymi arkadami znajdowały się kupieckie stragany, które zlikwidowano w latach 20. XX wieku, bo wtedy Włosi przypomnieli sobie, że przecież mają do czynienia ze starożytnym zabytkiem. Nie przeszkodziło im to jednak nadbudowywać kolejne piętra i adaptować je na mieszkania. I dziś w oknach na wyższych kondygnacjach można zobaczyć powiewające gacie. Stoimy oniemiali. – To tak można, mieszkać w zabytku? – dziwi się M. No cóż, synu… To właśnie jest Wieczne Miasto.

 

To chyba najlepsza lekcja tego, czym jest historia. To nie abstrakcyjne „nie wiadomo kiedy”, „w dawnych czasach”. M. widzi ciągłość.

 

20160202_150830

Kolejka do dziury w ścianie, czyli Ust Prawdy

 

 

Ruszamy. Cel jest wyznaczony: dziura w ścianie. Albo inaczej – Usta Prawdy, Bocca della Verità. M. jest naprawdę przejęty: – A jeśli to nie legenda i naprawdę upitoli mi rękę?

 

No bo tak. M. trochę o Rzymie wiedział jeszcze zanim żeśmy w Wiecznym Mieście wylądowali. Wszystko za sprawą czytanej w samolocie książki „Oto jest Rzym” (Wydawnictwo Dwie Siostry). I tam historia okrągłego, marmurowego medalionu, znajdującego się w przedsionku bazyliki Santa Maria in Cosmedin, została dość dokładnie przedstawiona. Sam medalion ma ponad 2 tysiące lat i, według legendy, działa jak wykrywacz kłamstw: gdy kłamca wkładał dłoń w usta, te zamykały się… – No i po ręce – konkludował M., wahając się między racjonalnym przekonaniem „to tylko legenda!” a dziecięcą obawą „co będzie, jeśli jednak nie”. Obyło się jednak bez ofiar! Ostaliśmy swoje w kolejce i po chwili cieszyliśmy się wolnością i obiema dłońmi.

 

I planami zjedzenia lunchu na Zatybrzu. No, niestety – luty, pozasezonem, pora nietypowa… Zatybrze wyrzuca nas szybko na drugi brzeg Tybru w poszukiwaniu czegoś do jedzenia… I krok po kroku lądujemy (już się zmierzcha) na Campo di Fiori. Bolące stopy i chęć odpoczynku pchają nas w kierunku stacjonarnej pizzerii – a tam, o niespodzianko, trafiamy na polskiego kelnera. Jest swojsko i miło, jest pizza i lampka wina, koce (wieczór jest chłodnawy, mimo że w dzień było wręcz ciepło), jest piękna toaleta (ważne!), jest espresso gratis, a dla M. kulka lodów czekoladowych. Jest bosko!

 

20160202_182330

Widok z mostu Wiktora Emmanuela II na Zamek Świętego Anioła i tegoż most.

 

 

Z niechęcią opuszczamy Campo di Fiori i ruszamy w kierunku… – Mama, może jakiś autobus albo metro? – nalega M., którego coraz bardziej bolą stopy (z pensjonatu wyszliśmy jakieś osiem godzin wcześniej). Daje się jednak namówić na wieczorny spacer… I ach… Wychodzimy prosto na Most Vittorio II Emmanuelo, kopuła Bazyliki świętego Piotra świeci nam jak Gwiazda Betlejemska, kierujemy się w stronę Watykanu – jest pięknie!

 

20160202_183101

Nie dość, że piękny widok, to jeszcze w Bazylice św. Piotra trwała Msza św. i śpiew chóru niósł się aż za Tybr

 

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):