Z niedoczasu o lekturach. I niespodzianka.wtorek 22.10.2013

Ale się porobiło. MamaM. utknęła w jakiejś dziurze czasowej, budzi się rannym rankiem i naraz dostrzega, że zegar za minutę wskaże północ. Dużo pracy, dużo zajęć okołoszkolnych… Ale to nie znaczy, że nie czytamy! Czytamy, a jakże. I plany czytelnicze mamy też. O tym w kolejnych wpisach.

 

Dziś jednak nie o tym. Jakby własnych zajęć było mało (a zajęcia MamyM. w 85 proc. polegają na wytwarzaniu słowa pisanego, i nie chodzi tu bynajmniej o blogowanie), MamaM. wdała się w dyskusję? awanturę? słowną przepychankę? w temacie kanonu lektur szkolnych na topowym blogu ZIMNO. Fundamentalnie i ekstremalnie nie zgadzając się z Autorką rzeczonego bloga. Com napisała, napisałam, kto ciekawy może zerknąć, choć nie wszystko się na blogu ostało, bo Autorka skasowała jedną z notek. Ale nie w pisaniu rzecz. MamaM. zaczęła refleksje snuć na temat lektur kanonicznych. Zwłaszcza, że nie tak znów dawno zabrała głos w dyskusji toczącej się w innych rejonach Internetu, czyli na forum Gazety Wyborczej, na starszym dziecku. Tam też stawała w obronie nie tyle nienaruszalności kanonu, co w obronie idei, że w szkole czytanie książek z „listy” powinno być obowiązkowe.

 

No i tak sobie MamaM. pomyślała, że własny blog czytelniczy to dobre miejsce, żeby te refleksje okołolekturowe uporządkować. Dla siebie przede wszystkim. Więc porządkuje, na chwilę porzucając czarną dziurę niedoczasu.

 

Kanon lektur vs. swobodne czytanie czegokolwiek. Olena.s, autorka bloga który odwiedzam i czytam z wypiekami, a która udziela się również na forum Gazety Wyborczej, zaproponowała, by w szkole podstawowej – co najmniej w podstawowej – w ogóle zrezygnować z lektur. Podpiera się przy tym doświadczeniem wyniesionym ze szkoły amerykańskiej, do której uczęszcza jej córka. Doświadczenia małej o. ze szkoły powodują wyrzut zazdrości u każdego rodzica. Kto nie chciałby posyłać swojej pociechy do szkoły, w której dzwonek obwieszcza kwadransik swobodnego czytania i urządzane są dni z książką – dzieciaki przynoszą do szkoły koce, poduszki i, oczywiście, ulubione lektury. W szkole amerykańskiej lektur nie ma, a dzieci mają obowiązek czytać cokolwiek (nawet komiksy) przez bodaj 20 minut dziennie, co rodzice poświadczają podpisem. Oczywiście, dzieciom jeszcze nieumiejącym samodzielnie czytać, książki czytają rodzice.

 

Na forum natychmiast odezwały się mamy, posiadające podobne doświadczenia ze szkół brytyjskich czy niemieckich. System braku lektur i „przerabiania” w klasie po kolei pozycji z ustalonej przez nauczyciela listy tam również się sprawdza. Dzieci mogą czytać cokolwiek, rodzic podpisuje a nauczyciel – to ważne – nie odpytuje z książek/komiksów. Wielkie czytanie oparte o zaufanie.

 

I tu stawiam znak zapytania.

 

Nad tym, ilu rodziców – z powodów różnych, od lenistwa po ogromną zajętość – machnęłoby podpis dziecku, które książki do ręki nie wzięło? Raz, drugi, endziesiąty… Nie oceniam, pytam. Że nie ufam? Przypominają mi się dyskusje, ba – kłótnie – z tegoż forum na temat etycznych aspektów ściągania. Powszechność braku potępienia dla „radzenia sobie w szkole” przekłada się na moje minimalne zaufanie do rzetelności podpisu poświadczającego fakt odrobienia zadania w postaci czytania. Taka sytuacja.

 

Kanon lektur czy lista książek zalecanych. W szkole podstawowej nie ma już kanonu lektur szkolnych. W klasach I-III nie ma nawet listy książek zalecanych. Nauczyciel może wybrać dowolną książkę, opowiadanie, wiersz, baśń – z literatury dziecięcej, klasycznej i jak najbardziej współczesnej. Równocześnie jednak MEN podaje listę propozycji dla każdej klasy. I tu, trzeba przyznać, króluje klasyka. „Plastusiowy pamiętnik”, „Dzieci z Bullerbyn”, „Kukuryku na ręczniku” – generalnie, książki znane już nie tylko rodzicom, ale i dziadkom (a nawet pradziadkom) dzisiejszych uczniów. Z nowszych pozycji nieśmiało przebijają się książki Grzegorza Kasdepke czy Barbary Gawryluk. A przecież dobrych książek, pisanych współcześnie z myślą o dzieciach, na pewno nie brakuje. Książek mądrych i wartościowych.

 

A „Plastusiowy pamiętnik”? Urocza, ciepła książka (nie wyobrażam sobie, żeby M. jej nie znał i ucieszyłam się jak dziecko, gdy okazało się, że mimo dość smętnego początku z Plastusiem się zaprzyjaźnił), ale najeżona kałamarzami, stalówkami i obsadkami, które Plastusiosceptycy traktują jak pola minowe, przez które nie da się przebrnąć z sześcio czy siedmiolatkiem. Ba, które tegoż małegolatka trwale mogą zniechęcić do czytania.

 

Co więc w zamian? MamaM., choć Plastusiofanka, łatwo mogłaby się zgodzić na to, by w ramach szkolnej lektury M. nie przerabiał „Plastusiowego pamiętnika”. Ale w takim razie – co?

 

Jakie książki z literatury dziecięcej mogłyby się znaleźć na liście propozycji dla nauczycieli, którzy przecież nie muszą być na bieżąco (prywatnie) z nowinkami literackimi? Może „Dżok. Legenda o psiej wierności” Barbary Gawryluk? A może „Afera smoka Nudożera” Andrzeja Grabowskiego? A wy, jakie książki widzielibyście w tornistrach swoich pierwszoklasistów, jeśli podzielacie zdanie, że „Plastusiowy pamiętnik” to niezrozumiała ramota?

 

Jest jeszcze jeden, niebagatelny (intuicyjnie rzecz biorąc) czynnik, który może sprawiać (podkreślam, MOŻE), że Ministerstwo Edukacji Narodowej nie wyrywa się z modyfikacją listy proponowanych książek, ograniczając się do stwierdzenia, że każdy nauczyciel może wybrać dowolną pozycję z literatury dziecięcej. „Plastusiowy pamiętnik” (Plastuś chyba ma czkawkę, ale może wybaczy) znajduje się we wszystkich bibliotekach szkolnych i publicznych w wielu egzemplarzach. Zapewne również na półkach w wielu domach. I dostępny jest w różnych wydawnictwach. Zaś dobre, współczesne książki dziecięce… Hm, pomyślmy, co by to było, gdyby z dnia na dzień okazało się, że sto tysięcy dzieci (skromnie, mniej niż 1/5 rocznika pierwszoklasistów) ma przeczytać, dajmy na to, wspomnianego tutaj „Dżoka”. Aspekt dostępności książek, umieszczanych na ministerialnych listach, nie jest – na zdrowy rozum – bez znaczenia.

 

A wy, co sądzicie o kanonie lektur, o lekturach jako takich? Jakie książki są waszym zdaniem warte przeczytania w klasach I-III. A może w ogóle lepiej zrezygnować z omawiania lektur?

 

Dawno nie było konkursu, i teraz też nie będzie. Ale MamaM. przez dwa tygodnie będzie czekać na wypowiedzi Szanownych Czytelników bloga. I najciekawsze nagrodzi.

 

Audiobookiem „Reksio. Wielka księga przygód”. I płytą Diany Krall.

 

Dla stonowania nastrojów rewolucyjnych w trudnym temacie lektur.

 

krall

Ciepły ton, jazzowe brzmienie. Idealna płyta na długie wieczory jesienno-zimowe

Dodaj komentarz

Imię (wymagane):

E-mail (opcjonalnie):

Treść (wymagane):

  1. Olga napisał(a):

    Nie warto rezygnować. Dla niektórych to jedyne spotkanie z literaturą. Przemieszałabym w stosunku 70:30 klasykę z literaturą współczesną. I tak dostępność w bibliotekach powinna być jednym z kryteriów – bo o ile w większych miastach to pewnie mniejszy problem, w małych może być to problem nie do przeskoczenia. Z moich obserwacji wynika że jeśli rodzic (rodzice) chcą i lubią czytać i rozmawiać o tym co czytają – dzieci chętnie połykają i klasykę i współczesne pozycje. My ostatnio czytaliśmy „Pyzę na polskich dróżkach” – ma swoje smaczki jak żołnierze radzieccy budujący Pałac Kultury 🙂 – ale wszystko da się wytłumaczyć. Moim zdaniem nawet łatwiej tak przy okazji niż robiąc wykład historyczny. Ja osobiście za współczesną literaturą dziecięcą nie przepadam – spora część książeczek wydaje mi się być bezmyślna, a przynajmniej nie inspirować do myślenia, ale czytamy i są perełki naprawdę warte przeczytania – wiele z nich wspomniane na tym blogu – Piaskowy Wilk, smok Pompon, Dziwne zwierzę, Magiczne drzewo, Pafnucy.

  2. olena.s napisał(a):

    Trochę z opóźnieniem….
    Nadal podtrzymuję opinię o przeciwskuteczności narzucania lektur. I przeciwskuteczności kontroli i terroru jako metody zachęcania do czytelnitwa. Wreszcie nadal uważam za bzdurę narzucania jednej konkretnej pozycji wszystkim uczniom.
    Piszesz o braku zaufania do uczniów i rodziców. Rozumiem, ale przecie ta nieuczciwość bierze się własnie z nieustannego ocenania i porównywania początkujących uczniów! Ta polityka odbiera dzieciom radość – a więc i chęć – do szkoły, a w rodzicach budzi reakcje obronne.

    Zastanawiam się nad możliwością rozwiazania techniczno-fiansowego problemu bibliotek. Tu jest najtrudniej, przynajmniej póki nie rozpowszechnią się czytniki…